a na horyzoncie… zawody

      Brak komentarzy do a na horyzoncie… zawody

Śmignęły kolejne trzy tygodnie. Pomiędzy wizytami w pracy prę z treningiem. Z treningiem, który według Dominiki jest nie do pogodzenia 🙂 Kilometraż się ustabilizował. W Elite Dangerous też ogarnięte, co miało być ogarnięte. Kolonie wracają. No i zawody chyba też. Ale o tym pod koniec.

Na początek o robocie w pocie czoła i nie tylko… Po kilku treningach zrobiłem w końcu 2 x 3 kilometry. Z założenia miało być po 4’ na kilometr, wyszło 3’51” średnio na odcinek 3-kilometrowy. Powoli wraca wytrzymałość tempowa.

Rehabilitacyjne krótkie-szybkie

ITBS cały czas zwalczam ćwiczeniami i już powoli ustępuje, choć pojawiają się nowe cholerstwa. Cóż – trzeba się z tym pogodzić – wiek plus przetrenowanie robi robotę. Tym razem chyba (chyba, bo nie wiem do dziś, co to – a do lekarza się dostać to jak wygrać w totolotka. A do prywatnego nie pójdę za dwie i pół stówy. Bo jeszcze nie jestem w takiej desperacji), więc – chyba to guzek ścięgien pod kolanem. Był chłodzony lodem, okładany maścią żywokostową oraz naproxenem z altacetem. Dziś – po dwóch tygodniach – odpuścił. Mam w piątek wizytę u ortopedy, to zapytam o drugie kolano. Które zagadało dzisiaj po treningu. I tak w kółko…

Z szybkościówki wpadło parę dobrych, budujących psychę treningów. Odcinki z Dominiką, gdzie na Orlikowej miękkiej, jak cholera nawierzchni, wykulałem 6,60”, 6,50” i na koniec 6,40” na 50 metrów. Z wysokiego startu, w butach treningowych na las. Dominika stwierdziła, że jest szansa na 12,50 na setkę. Z ciekawości zajrzałem na BrianMac-a i LOL – wynik wskazał 11,80… Hmmmm…. Nie pogniewałbym się, gdybym na zawodach doszedł do 11 z przodu.

Piaseczyńska czterysetka

Hartowe odcinki też miały swoją kontynuację. Tym razem wyszło 5 x 200m, czyli ulubione odcinki rehabilitacyjne Marcina Nagórka. Tam gdzie je robię nie ma lasu, jest piaszczysto-kamienista droga (szutrówka). Ze spadem w dół i lekkim wypłaszczeniem na koniec. Dwusetki weszły – jak na moje możliwości – bardzo mocno: zacząłem od 29,8”, poprzez 28,3”, 27,3”, aż w czwartym powtórzeniu wpadło 26,7”. Ostatni ze szczęścia zrobiłem bardzo wolno 😮 na 29,5”… To całkiem inne bieganie. O okolicznościach towarzyszących mogę opowiedzieć przy piwie, po szóstym piwie… No i po raz drugi w życiu biegałem na wkrętach 9 mm – to było nowe, niesamowite odkrycie. I ten kop w podłoże… Moja treneiro by brzydko powiedziała, że widać było pierdolnięcie… Co więcej – w końcu je czułem. I sumując – czuję, że jestem mocniejszy, niż w zeszłym sezonie.

Kończąc – szykują się zawody. Piaseczyńska Piątka 4 lipca. Iny dwa tydnie do startu… I jaki stres! 🙄

Dominika namawia mnie na sprawdzian. Marcin, który biega ze mną tempówki może pojedzie na 1500m. A ja? Na 400 metrów. Trzeba zrobić jakiś czas wyjściowy na ten sezon…

0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *