Debiut w maratonie: Zimowy Maraton Bieszczadzki w Cisnej


Cisna

W sobotę, 28 stycznia rano ruszyliśmy Jurkową furą na południe, do Cisnej. Dla mnie była to pierwsza wizyta w tej części Bieszczad. Po podróży, zostało nam trochę czasu do otwarcia biura zawodów, więc najpierw kawałek przejechaliśmy się drogą, którą nazajutrz mieliśmy biec. I tak zwiedziliśmy kilometry oznaczone na trasie od 23 do 18 bodajże. Potem udaliśmy się do biura zawodów. Ogonki po odbiór pakietów startowych były, ale szły bardzo sprawnie. Potem była odprawa, z której dowiedziałem się kilku rzeczy, np. o tym, że numeracja kilometrów spada (a więc jest od 4xx na starcie do jednocyfrowych bliżej mety).

Odprawa, odprawą, a po niej powrót na Brzeziniak, gdzie nocowaliśmy i syty obiad, zapity jeszcze ciemnym piwem.

Rano, w niedzielę, szybkie zbieranie się z dwoma kawami i wyjazd do Cisnej. Po zostawieniu samochodu i wzięciu rzeczy do depozytu, ruszyliśmy za grupami ludzi do startu, który był koło hotelu Wołosań. Tam szybko zdaliśmy depozyty i zaczęło się czekanie na start.

Zimowy Maraton Bieszczadzki

Od samego początku zakładałem, że potraktuję ten bieg, jako trening – „nieco” dłuższy niż zwykłe biegi długie, ale tylko trening. Po pierwsze to miał być mój pierwszy w życiu maraton, po drugie wiedząc,  że to górki nie miałem zamiaru nastawiać się na jakikolwiek czas lub tempo. Coby się nie rozwalić psychicznie.

Po starcie i pierwszych dwóch-trzech kilometrach okazało się, że lekkie Pumy okazały się strzałem w dziesiątkę. Biegło mi lekko i dobrze, obok Jurka. Tempo wahało się w granicach 5:44 – 6:05 na kilometr, co szybko dało mi we łbie wynik, że zdążę na 27 kilometr przed limitem czasu (który był ustalony na 4 h). Biegliśmy razem z Jurkiem do około 8 kilometra, gdzie Jurek stwierdził, że zmienia buty na kolce. Tam się rozdzieliliśmy i zacząłem biec w okolicach 5:45 na kilometr.

Biegło mi się całkiem przyjemnie do 16 kilometra, gdy musiałem przejść do marszu przed najwyższym na trasie punkcie. Potem był mocny zbieg, a że byłem w letnich trepkach to nie było jak hamować (i wyszły dwa czasy w okolicach 4:40 na km). Do 24 kilometra wszystko grało – organizm dobrze znosił i górki, i zimne powietrze – to w końcu okolice moich długich wybiegań. Od 25 zaczęło się coś lekko rwać – lekkie wzniesienia na trasie musiałem pokonywać marszobiegiem – marsz na wznoszącej i lekki bieg po wdrapaniu się. W punkcie kontrolnym na 27 kilometrze miałem 2:50:34 i uznałem, że jest fantastycznie. Potem było jeszcze trochę hopek, tak, że tempo na kolejnych kilometrach (od 27 do 34 kilometra) spadło do przedziału 6:30-8:22 na km.

Zaczyna się zmęczenie i już przechodzę do marszobiegu…

No i wtedy nadeszła niespodzianka, której się nie spodziewałem wubec…Trasa biegła na Brzeziniak (hotel i restauracja, gdzie był  punkt żywieniowy) stokiem z półmetrowym śniegiem. Ktoś tam próbował biec… po czym szliśmy gęsiego, stąpając po śladach poprzedników. Chwila nieuwagi i zjuuuu – w śnieg, gdzie zapadały się buty głębiej niż ubite ślady a łapami lądowało się w śniegu. Marzyłem o dojściu na Brzeziniak i zdjęciu butów, żeby wyrzucić resztki śniegu i lodu, który się zrobił w butach. Po dotarciu na Brzeziniak tak zrobiłem, zmieniając lekkie buty na kolce, na ostatnią część trasy. I od razu też plecak stał się lżejszy…

Najtrudniejszy odcinek – wyjście z Brzeziniaka po kolana w śniegu…

Zegarek pokazał, że na 36 kilometrze skończyło się podejście śniegiem i wróciliśmy na odśnieżoną stokówkę. Na szczęście więcej śniegu już nie wpadło do butów…

Według GPS w zegarku zrobiłem jeszcze 9,3 kilometra od tego punktu. To był odcinek, gdzie czułem już zmęczenie – ale, co mnie zdziwiło – nie w nogach, a w oskrzelach/płucach. Nabieranie powietrza bolało i klatka piersiowa nie chciała pracować, jak powinna. Zwolniłem i treningowo marszobiegłem w tempie od 8:18 przez pierwsze dwa kilometry, do około 6:30 później.

Wtedy też miło było oglądać finiszujących przed metą – którzy już tylko biegli, choćby truchtem, ale nie przechodzili do marszu. Mnie nie puszczał oddech, więc spokojnie sobie odliczałem pozostałe kilometry, oglądając tych, co mnie wyprzedzali. Czasami nawet z nimi gawędząc… przez moment.

Odliczałem tak kilometry, do ostatniego, gdzie organizator zrobił kolejną niespodziankę. Trasa skręciła do mety biegnąc po torach, na których było znowu pół metra śniegu. I ponownie trucht zmienił się w uważny marsz po śladach poprzedników przez kilometr. Na tym odcinku już nikt mnie nie wyprzedził; mnie się udało wyprzedzić osobę, która w na tym ostatnim etapie została rozwalona przez skurcze.

Końcowy rezultat to 5:17:33 i 326 miejsce. Jurek dotarł na metę 18 minut i siedemdziesiąt osób po mnie.

Podsumowując, to był dobry, górski trening. Z przewyższeniem prawie 1000 metrów…

A przy okazji debiut z życiówką w maratonie, którą chyba będzie łatwo pobić 😀


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *