Demon z Sulejówka

      Brak komentarzy do Demon z Sulejówka

Tytuł nawiązuje oczywiście do poprzedniego wpisu i mojej dziwnej słabości do biegania kilometra w jakimś żwawszym tempie. Ale, ale… po kolei.

Impreza odbyła się w Sulejówku, gdzie oficjalnie otwarto 300 metrową, 4-torową bieżnię tartanową. Z mięciutkim tartanem. Pochmurno, trochę chłodniej, jak w Piasecznie. Zapisałem się na 1000 i 300 metrów. Impreza zorganizowana została rewelacyjnie; nie było opóźnień, a nawet lekko wszystko się odbyło przed czasem.

Nieklasyfikowani

Na rozgrzewce stwierdziłem, że tartan jest strasznie miękki. Ale jednocześnie przy szybkich przebieżkach wychodziło szybciej niż się spodziewałem. Plan przed biegiem zakładał czas między 3’5”-3’10”. Wystartowaliśmy grupą – wszyscy nieklasyfikowani.

Trzecia z lewej Dominika, kawałek dalej ja, drugi z prawej – Tadek

Dominika i parę innych osób wystrzeliło szybko. Przed setką minąłem ich i pierwsze 300 metrów biegłem jako czwarty, za mną nowy nabytek Akademii Sportu Otwock – Tadek Domżał, który miał się mnie trzymać i wyprzedzić, żeby zrobić zakładane 3’0”.

Na początku drugiego okrążenia chłopak przede mną zaczął słabnąć. Cóż było robić – wyprzedziłem. I trzymałem się za drugim. Wtedy też wpadł najsłabszy tempowo odcinek (środkowe 200 metrów – Garmin stwierdził, że 36 sekund). Trzecie okrążenie to już była ruuuuuura, czyli utrzymanie tempa. Tadek mnie dogonił i biegł tuż za mną, jako czwarty w stawce.

Efekt – 1’8” na pierwszych 400 metrach, 36” na środkowych 200 metrach oraz ostatnie 400 metrów w 1’10”. Ależ źle się liczy czas na bieżni trzystu metrowej!!!

Sumując…

Wspomniany Tadek utrzymał się za mną, choć był moment, że myślałem, że mnie łyknie na ostatnich 100 metrach. Podsumowując – moje 3. miejsce zrobiłem w 2’54.11”, Tadek 4. miejsce – prawdopodobnie – w 2’54.50”.

Demon wychynął na chwilę w środku biegu i od razu dostał w łeb. Niemoc do kilometra w końcu przełamałem. 300 metrów, na które też się zapisałem – odpuściłem – nie dałbym rady. Miała być dłuższa przerwa i miałem nadzieję na regenerację. Kwasu było tyle w mięśniach, że nie było sensu się katować 😛

Garminowy PS. – czyli jak to jest się ścigać z GPS-em na bieżni. Kogoś obiegłem po starcie, kogoś wyminąłem i Garmin zanotował kilometr wcześniej z rekordowym 2’51.9″. Oczywiście nie zaczekał do końcowej linii… 😮

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *