Iks razy osiemset

      Brak komentarzy do Iks razy osiemset

Dziś będzie krótko Jak zauważył Marcin, MIAŁO być krótko i dzienniczkowo. Nie udało się. Wpis się rozrósł.

Nadszedł moment, kiedy planowo ruszyłem z osiemsetkami. Osiemsetkami, które na stałe zagoszczą w cotygodniowych treningach. Daniels orzekł, że dla mnie tempem osiemsetki jest 2:48, żeby wycisnąć w Siedlcach zakładany wynik na pięć.

A jak to orzekł Horwill „there is plenty of statistical evidence to show that in a six-month period the fifth to seventh 800m raced is most likely to be the fastest.” Hmmm, ciekawe 🙂 Plan Horwilla zakłada docelowo 12 powtórzeń na 90 sekundowej przerwie; ewentualnie zejście do 6-7 powtórzeń na przerwie 45 sekundowej. Po dzisiejszej pierwszej sesji obawiam się, że bieganie na 45 sekundowej przerwie to może być… ZEJŚCIE. Do tego stopnia, że po całej sesji 6 powtórzeń, jak klapłem na dupie na mojej ścieżce w lesie, to przejeżdżające na rowerach dziewczyny chciały udzielać mi pomocy 😛

A ja po prostu… musiałem posiedzieć. I wydyszeć się.

Iks razy osiemset

A na poważnie, te sześć powtórzeń to było wyzwanie. Tym bardziej nie na stadionie – ścieżka jest pofalowana i jest po drodze lekkie wzniesienie. A nawet dwa. Efekt – puls po osiemsetce wzrastał nawet do 185, by spaść do 120 po około 70 sekundach. Ponoć było tylko 20 stopni, ale lało się ze mnie, jak w 35 stopniowym upale. Pragnienie, jak smok wawelski miałem jeszcze ze trzy-cztery godziny po osiemsetmetrowych harcach.

Jak już przygotowałem grunt, że to nie była bieżnia, to już dokończę – żaden czas nie wszedł w 2:48… Udało się 3 razy 2:50, a najwolniejszy wszedł w 2:54. Tragedii nie ma – za sześć miesięcy (według Franka) może być szybciej. Statystycznie 😎

A żeby dzienniczkowo, pamiętać, gdzie wypada 400 i 800 zdjęcia:

Oby tylko leśnicy nie pościągali „moich” oznaczeń. Bo co wtedy? Acha i jeszcze PS.: porównując zdjęcia z kwietnia 2018 to chyba w tym samym czasie zaczynało się ubiegłoroczne lato. W tym roku powtórka?

Edit: święta, święta…

Tak jakoś mnie coś naszło. Na grzebanie po blogach. Na które kiedyś zaglądałem. Przejrzałem je i zainspirował mnie tylko jeden. Ten ony od nagora. Poczytałem o tanich butach, o walce z achillesem i o paru innych treningowych ciekawostkach. I pod wpływem tej lektury i zgodności tego, co pisze Marcin z tym, co czytam u Franka – polazłem dziś z mocnym postanowieniem świątecznym w las. Udało się. 30 razy 200m (30*200m, aka 30 x 200m…). Przypomniał mi się mój pierwszy bój z 20 powtórzeniami. Tamte 20 to było jednak nic – sprint, 200m powrót marszem i znowu dwusetka. Dziś gwoździem programu były przerwy – 45 sekund. Wszystko na ustawieniu interwałów w Garminie. Nie było zlituj się. W czasie powrotu do domu były mroczki, bolące stawy, nawet zamykały mi się oczy – tak byłem, senny. To chyba kolejna pozycja, która wejdzie na stałe. Choć teren nie-stadionowy nie sprzyjał. Piasek, lekka górka, korzenie i Garmin, który w jedną stronę liczył 200m, a w drugą – pod górkę – 220m… A w zapisie zawsze ma 200m… I ja po nocy w pracy… Cuda, cuda świąteczne 🙂

A tu materiał poglądowy:


0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *