Po antybiotyku, czyli trochę o dopingu

      Brak komentarzy do Po antybiotyku, czyli trochę o dopingu

We wcześniejszym wpisie opisałem moje spotkanie z kleszczem i kurację antybiotykiem. W czasie jej trwania czułem lekkie osłabienie. Inaczej jednak niż przy grypie, nie siedziałem w domu, lecz rozkręcałem, nosiłem, woziłem, znów nosiłem i skręcałem meble. Przeprowadzka. Przeciążenia organizmu nie było, ale też nie odzwyczaił się od wysiłku zupełnie.

Po pierwszym w miarę żwawym biegu w poniedziałek wyglądało, że jednak jest lekkie osłabienie. Było gorąco, więc czas w okolicach 52 minut uznałem za bardzo dopuszczalny i czułem zadowolenie, że po takiej przerwie (3 tygodnie) nie poszło gorzej. We wtorek przyszedł czas na małe zakupy i nawieźliśmy sporo sezonowych owoców. W efekcie około 1 kilograma gazonośnych czereśni wylądowało w żołądku. Czułem się nie osłabiony, a ociężały. Mimo to postanowiłem sobie, że wieczorem pójdę choćby na jakąś krótką trasę.

Doping?

Wychodząc pobiegać wieczorem, grubo po dziewiątej, nie przypuszczałem, że jeszcze jest tak ciepło. Buty, które wcześniej dały mi w kość (ostatnio kupione Pumy) chciałem przetestować nie w terenie, a na asfalcie. Nastawiony byłem ostro na piątkę, po dość dobrze oświetlonym kole dookoła osiedla.

Nastawienie oznaczało, że od startu za furtką osiedla trzeba się było kulać w miarę szybko. No i ruszyłem z kopyta. Buty faktycznie znacznie lepiej pozwalały stopom pracować na asfalcie, więc zostaną butami do biegania po asfalcie. Do niczego więcej się nie nadają.

Czas sprawdziłem po minięciu około półtora kilometra. No i szybka kalkulacja w łepetynie wykazała, że lecę na dopingu lepszym niż kiedykolwiek na Skrze.

Pada tegoroczny cel numer trzy

Pot lał się strużkami, stoper na ręku zaczął przeszkadzać – wiedziałem, że idzie kryzys. I poczułem go w okolicach czterech kilometrów. Ale z drugiej strony zerknięcia na czas po drugim i trzecim  kilometrze pokazywały, że idę na rekord na pięć kilometrów. I z wszelkich sił starałem się pokonać kryzys. Wyszło.

Po trzecim kilometrze nie patrzyłem już na stoper, żeby psychicznie wytrzymać. I utrzymać szybkie tempo nie znając czasu. Po krótkim kryzysie, trwającym subiektywnie około minuty, zacząłem przyspieszać biegnąc już Tatrzańską w dół. Potem, na nowo położonej ścieżce rowerowej wzdłuż Narutowicza biegło mi się „prawie” jak na tartanie…

Czułem, że mimo kolki i napęczniałego kałduna mogę jeszcze przyspieszyć. I ostatnie trzysta metrów było ciągłym przyspieszaniem. 21:50 na pięć kilometrów. Na trasie mierzonej samochodem i na doktorze Googlu. Trzeci tegoroczny cel padł przebity o ponad pół minuty.

Trzy tegoroczne cele zrobione w pół roku. Jest co świętować!

W domu wyrysowałem trasę na Endomondo, które pokazało, że nie ma ona moich wyliczonych 5000 metrów, a 5080. I że mój czas na piątkę to nie 21:50 a 21:29. Dla swojego własnego spokoju zostaję przy 21:50. To nowy rekord na pięć. Zawsze lepiej poprawiać, niż wyrównywać, nieprawdaż?


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *