Odkrywam Franka Horwilla

      Brak komentarzy do Odkrywam Franka Horwilla

Niniejszy wpis miał powstać na początku lutego. Miał być podsumowaniem nowego, rekordowego kilometrażu, choć wcale moim celem nie było bicie się z kilometrami. Za to walka z jabłuszkiem na stoku już takim celem była. Ale po kolei.

We wcześniejszym wpisie wspomniałem, że styczeń to martwy sezon. Ale przestał być martwym sezonem. Zwykle poprawy czasów na różnych dystansach zaczynały się w marcu lub kwietniu, a tu… bammmmm… i martwy sezonowo styczeń przyniósł pierwsze zdumienia.

Za sprawą lektury, głównie tej z forów internetowych, zainteresowałem się treningami szybkościowymi. A że aż takiej ufności do owych forów nie miałem – grzebałem dalej. W ten sposób dotarłem do artykułów pisanych przez Franka Horwilla. Lektura artykułów dała mi do myślenia na tyle, że skonfrontowałem propozycje Horwilla z Danielsowymi. System error nie wyskoczył – oba systemy mogą się uzupełniać, choć przyznaję: Horwill jest dla znacznie bardziej zaawansowanych biegaczy, niż ja. Ale co tam…

Styczeń miał być martwym sezonem, w którym klepane miały być dłuższe biegi (Danielsowy okres przygotowawczy). Za sprawą zmienionego lekko planu i wprowadzonych szybkościówek, no i oczywiście fantastycznej pogody (to znaczy bez dużych mrozów) szybko padła moja dotychczasowa najszybsza setka (uściślę – 100 metrów), opisana post wcześniej.

Odkrywam Franka Horwilla…

Odkryłem Franka i włączyłem do Danielsa. Zdążyłem. W czwarty tydzień stycznia wskoczyłem w II fazę Danielsowego treningu, dodając sporo Horwillowych szybkościówek.

Odkrywam Franka Horwilla - miks treningowy już w w 7 tygodniu treningu

Efekt? Mam największy obecnie problem życiowy – gdzie znajdę whisky o takiej nazwie?? A na poważnie: efektem jest plan treningowy zakładający sporo podwójnych treningów w ciągu jednego dnia. Szybkościówki i uspokajające BS-y (Danielsowe biegi spokojne). Trening jest wyczerpujący. Jednak widać lekką poprawę już teraz, w styczniu…! Dziś podczas sesji 4 x 400 metrów, ukulałem swój nowy PB na 400 metrów. Nie czułem tempa pierwszego przebiegu i wyszło 1:06.01. Na śnieżnej chlapie… Oczywiście wynik trafił do progresu, pobijając wynik z 2017 roku. Coraz bliżej do minuty…

…i figurową na d**pie odkrywam jazdę, Yoda rzekł

Znaczy się na jabłuszkach. Jako, że ferie przynajmniej przez kilka dni były ze śniegiem, to i udało się nam wyjść na górki porajdować na jabłuszkach. Zabawa przednia i jak za czasów szczenięcych wróciliśmy cali przemoczeni. No bo jakże inaczej…?

PS. A co do kilometrażu, to zdradzę, że bez większego wysiłku po 25 dniach stycznia licznik wskazuje 380 kilometrów…W zeszłym roku (2017) tylko 4 miesiące zakończyłem powyżej 300 kilometrów, a najlepszym był maj z prawie 390-ma kilometrami…


 

Dodaj komentarz