Parkrun Gdynia

      Brak komentarzy do Parkrun Gdynia

Dwa tygodnie wakacji. W sierpniu. I to kolejny wpis, który mógłby zakończyć się w tym miejscu…

No bo tak:

  • zabrałem trzy pary butów;
  • zabrałem też tonę skarpetek, bielizny, koszulek i spodenek do biegania;
  • i… pobiegałem 4 razy…

Jednym słowem: wakacje.

Nie chodzi już nawet o to, że mi się nie chciało. Bo nawet mi się chciało. Ale nie mogłem wstać. Co któryś tam dzień zegarek miałem nastawiony na 7:30. Przestawiałem godzinę i spałem dalej. Na bieganie – takie krajoznawcze – wylazłem dwa razy (słownie: 2). Raz w Chyloni w tę i we w tę, w nocy po piwie.

Kolejnym razem ruszyłem już na górki – chciałem zwiedzić trochę Trójmiejski Park Krajobrazowy. Pobiegłem z Chyloni do Chwarzna. Znalazłem tam to wszystko co i w Otwocku może zaskoczyć: rurę znikąd do nikąd (ciepłownicza OPEC-u), piasek, Wielką Dziurę (tylko, że to była dolina między górami, a nie rynek…), ławki przy ścieżkach biegowych (=rowerowych), oznaczenia szlaków z kilometrażem, morze w oddali, gdy stałem na wiadukcie nad ulicą Kwiatkowskiego. No dobra, morza i ławek w Otwocku nie ma, ale i tak jest podobnie… 🙂

Parkrun Gdynia

W tym całym lenistwie z plażowaniem i zwiedzaniem zdarzyły się jednak dwa niechlubne wyjątki. Wstałem rano i po porannej kawie w środku nocy (w okolicach 8:30) dwa razy stawiłem się na Parkrunie w Gdyni. Co jak co, ale tego odpuścić nie mogłem.

Pierwszy Parkrun 11 sierpnia poszedł tak sobie – rano było parno, nie znałem trasy, nie znałem ludzi, jakoś tak z boku się trzymałem. Efekt – 18:53 i siódma pozycja (na 125 osób biorących udział). Drugi Parkrun 18 sierpnia, to uuuuuuu… no ten tego… weteran już byłem, no…

Fotorelacja – w strugach deszczu, potem bieg i fotka z prowadzącą Parkrun #343 (obowiązkowo w czerwonych gaciach…)

Parkrun Gdynia

Parkrun Gdynia Parkrun Gdynia

Parkrun Gdynia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Znałem trasę, lał deszcz, miałem szybkiego zająca… Chłopak w kategorii 25-29 lat wyrwał już na starcie, a ja głupi się go chwyciłem. Ktoś z tyłu krzyczał: zwolnijcie, zwolnijcie… ale w sumie to nie wiem do kogo to krzyczeli. Pierwsze sto metrów Garmin zapisał z chwilowym nawet pod 3:07 na kilometr. Oczywiście nie utrzymałbym tego (i nie utrzymałem) i pierwszy kilometr wyszedł w 3:46. Kolejne kilometry wpadały już szybciej. Efekt? Trochę lepszy – 18:32 i drugie miejsce na 123 uczestników.

Wakacje, choć leniwe i z odpoczynkiem od biegania, to mogę sobie usprawiedliwić – Parkruny pokazały, że bieganie poniżej 19 minut, i nawet już w okolicach 18:30 to nie jest już taaaakie ogromne wyzwanie… o ile sprzyja pogoda. To znaczy jest chłodno i leje…

A treningowo na nadchodzące tygodnie? Stadion, stadion, stadion… najpierw szlifowanie 400 metrów z Arkiem i może Marcinem, bieg ciągły, a po Siedlcach czas się zabrać za drugi tegoroczny cel…


Zdjęcia: fotorelacja Marcin Majsterek/Parkrun Gdynia


 

0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *