Platerów – dwa w jednym: sukces i porażka

      1 komentarz do Platerów – dwa w jednym: sukces i porażka

Kolejne dwa tygodnie strzeliły, jak z bicza. W większości w upale – czy to na stadionie, czy w lesie. Z jednej strony mniejszy kilometraż miał dać trochę odpoczynku przed biegiem w Platerowie, z drugiej strony upał dawał się tak we znaki, że robiłem treningowe minimum. A i tak naklepałem prawie 160 kilometrów w te dwa tygodnie.

W ciągu tego czasu zdarzyło się parę ciekawych akcentów biegowych. Do kolekcji butów dołączyły nowe (Puma Speed 300 Ignite), które mają zastąpić uszkodzone i zareklamowane Carsonki. Kupno nowych butów musiało skończyć się testami na stadionie, które wypadły baaaardzo zadowalająco – np. wcześniej biegane 200 metrówki w czasie 34 sekund, w Ignite’ach wyszły w 32 sekundy. Przypadek? Pewnie tak.

W ostatnim tygodniu w ramach szybszego biegania wyszło mi przyzwoite 10 kilometrów w 43 minuty po lesie, co dobrze rokowało na bieg w Platerowie. W międzyczasie, podczas oddawania krwi fiknąłem koziołka – muszę o tym wspomnieć, bo pewnie to zdarzenie obciążyło serce, które trochę niepewnie wracało do siebie. I dało znać w niedzielę w Platerowie.

Tak zaczęło się oczekiwanie na bieg. Oczywiście oczekiwanie durne, bo nie znając trasy, nie sprawdzając, jaka będzie pogoda i w końcu czując się jeszcze niepewnie po omdleniu, hura-optymistycznie założyłem, że zejdę na 40 minut 😛

Dodatkowo, za namową Jurka, chciałem (po raz pierwszy w życiu!) zrobić rozgrzewkę przed biegiem.

Platerów – dwa w jednym: sukces i porażka

No i tak…

Zrobiłem rozgrzewkę. To był błąd numer jeden. Więcej go nie zrobię… przed takim dystansem i w taką pogodę. Rozgrzewkę zrobiłem na trasie biegu, która okazała się mocno pofałdowana. I jak to pisali na FB uczestnicy poprzednich edycji – trasa była wymagająca i trudna. Dla mnie również. Za słaby jeszcze jestem na takie pagórki. Błędem numer dwa (mimo wizji lokalnej!) było dalsze durne nastawianie się na 40 minut… Pogoda również pokazała, co potrafi. Startując, termometr w punkcie pomiaru czasu wskazywał 28 stopni.

Platerów – dwa w jednym: sukces i porażka

Przed ostatnią pętlą – jeszcze za widoczny za grupą, która zrobiła miejsca od około 18 do 36… potem niestety nastąpił zgon…

Ciągle jeszcze hura-optymistycznie wystartowałem. Pierwsze pięć kilometrów weszło w 19:47 (już na tych pagórkach). Łepetyna twierdziła, że spoko. Jednak serce, osłabione całkiem niedawnym omdleniem, powiedziało NIE. Pulsometr Garmina zaczął pikać przy 194 i doszedł w pewnym momencie do 200… Lekki spory zawrót głowy i wiedziałem, że to moje HR max… Od razu gdzieś na 7 kilometrze przeszedłem do marszu. Po około 150 metrach poczułem się na tyle dobrze, że ruszyłem. Wiedziałem, że o wydumanych 40 minutach mogę zapomnieć. 4:57 na siódmym, potem już trochę szybciej – 4:18, 4:21, i 4:00 finiszując.

Platerów – dwa w jednym: sukces i porażka

Finisz – nie wiem czemu, ale ta fotka przypomniała mi okładkę jednego z komiksów z Kajkiem i Kokoszem 😛 Brakuje tylko dymków za butami…!

Podsumowując: to była dobra lekcja (pokory i walki). A bicie 40 minut zostawię na chłodniejszy październik i bardziej płaską trasę. No chyba, że październik będzie tak gorący, jak czerwiec…a trasa Biegnij Warszawo pofaluje się jakimś cudem.

Finalnie – nowy PB to 41:34 na dyszkę (41:30 netto). Oraz 51 miejsce na 412 osób biegnących. W starych celach biegowych na 2017 mogę odhaczyć pokonanie 42 minut na dychę. Choć nowe, ciche założenie pokonania 40 minut jeszcze trochę poczeka…

Pewnie podskoczę trochę w klasyfikacji Grand Prix. Przed dzisiejszym biegiem byłem na 47 miejscu z 378 klasyfikowanych 😛


 

1 thought on “Platerów – dwa w jednym: sukces i porażka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *