Po wielkiemu cichu…

      Brak komentarzy do Po wielkiemu cichu…

A wyników dalej nie ma.

Dwa tygodnie temu miałem swoje ściganie się w Grodzisku Mazowieckim na bieżni. Gospodarzem była grupa Biegi Grodzisk Mazowiecki i wiem również, że mają dużo zajęć dodatkowych w tygodniu. No ale jak już się chwalą patronatem PZLA nad swoją imprezą to mogliby już wrzucić wyniki

Po wielkiemu cichu… A wyników dalej nie ma. Swój czas znam, więc ciśnienia nie ma – rozumiem, ale informacja wisząca od 2 tygodni na stronie („wyniki – wkrótce”) chyba jednak jest zbyt lakoniczna 🙂

A wyników nie ma.

Majowa codzienność by Renia M.

Na tapecie jest nadchodząca piątka w Mińsku Mazowieckim. W ramach przygotowań mamy wspólny trening z Marcinem – przedłużany dystans w tempie na 4:00 min/km. Zrobiliśmy trzy, zrobiliśmy i cztery kilometry, choć z niewielkim naddatkiem (4 km – 16:13). Zającowanie i prowadzenie tych biegów bardzo mi się spodobało – męczy, ale przyzwyczajam się do takiego tempa tak, że mogę je biec już z marszu. A mój trening? Podchodziłem już ze trzy razy do 4 kilometrów, i za każdym razem padłem po trzech. Zakładane tempo na Mińsk to 3:42 min/km, żeby zejść na 18:29 na piątkę. I wytrzymuję 3 kilometry. Wina gorącego maja? Sam mogę się z siebie pośmiać – tak, to przez gorąc… 😛

Po wielkiemu cichu…

Prawda jest jednak taka, że brakuje mi takiego zająca, który by mnie pociągnął i nie pozwolił zejść po trzech kilometrach. Brakuje bata, który by śmignął po plecach i pognał dalej. No dobra – trochę dramatyzuję. Co prawda nie udało mi się zrobić piątki w zakładanym tempie (jak wyżej), ale wylazłem w niedzielę po 23:00 na piątkę dookoła osiedla. Żarło dobrze do drugiego kilometra, po czym zgłosił protest żołądek i jelita. Przez chwilę chciałem się zatrzymać, ale ten sam żołądek i jelita stały się batem, który pognał mnie w stronę domu.

I tak, po asfalcie, z moją ulubioną górką koło Wioski Szwajcarskiej, z niebezpiecznym ładunkiem w jelitach, i po wielkiemu cichu na zupełnie pustych ulicach… a nie przepraszam – był jeden śpiewający pijany gość koło Wioski… No, więc więc, po ciemku i prawie po wielkiemu cichu przetrwałem piątkę. I skończyłem ją w przyzwoitym czasie… 18:47. W końcu… 18 na liczniku.

Forma chyba nieśmiało puka do drzwi – i wygląda na to, że przyjdzie punktualnie na Mińsk. 18 sekund i będę mieć swoje założenie na ten rok. Liczę na zawody, adrenalinę, ściganie – to zwykle jest mój bat treningowy.

I najlepsze na koniec. Garmin nie zajarzył i nie zapisał wyniku 🙂 Ustawiony na Virtual Pacera zgłupiał i ja też. Myślałem, że go wyłączyłem a on liczył sobie coś dalej. Wyłączyłem jeszcze raz, no i przestał sobie coś tam liczyć. Ale wyniku nie zajarzył. Cichosza mu w oko. W Mińsku mu pokażę 😀


 

0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *