Sekcja Gepardy

      Brak komentarzy do Sekcja Gepardy

Czasem mija trochę czasu zanim pojawi się temat na wpis. I tak było tym razem. Spokojna, sucha i ciepła jesień; trening leci swoim torem. Nuda.

I tak w trakcie tej nudy, wczoraj, na stadionie pobiegaliśmy po raz enty 2 x 2,5 kilometra. Jako przygotowania do wspomnianego wpis wcześniej Crossu Bielańskiego. Ja, Marcin i Arek. Wyszło całkiem przyjemnie i szybko. Na koniec rzuciłem Marcinowi, że możemy coś gupiego narozrabiać następnego dnia wieczorem.

I Marcin pamiętał. Umówiliśmy się pod kościołem w Śródborowie na naszą zimową trasę do Starej Wsi. Marcin od początku mówił o szybkiej piątce.

Sekcja Gepardy

Sekcja GepardyIntermezzo… nie napiszę przecież wszystkiego od razu Zapisując się na Cross Bielański stworzyliśmy dodatkowego czata dla naszej sztafety, który na Messengerze nazwałem Otwock Biega Gepardy. W czasie któregoś biegu na stadionie (chyba) Marcin zaproponował, że może to być nazwa dla stadionowych wariatów (znaczy się grupy stadionowej). No i w zasadzie może być – ale wpisowym jest <20 (słownie: mniej niż dwadzieścia) minut na piątkę

I dziś dwugłośnie powstała Sekcja Gepardy w ramach Otwock Biega. Marcin wpłacił wpisowe. A ja, cholera, ujawniłem za szybko…

Oddech, oddech…

A samo rozrabianie… Marcin po biegu stwierdził,  że czuł, że to ten dzień.

Ruszyliśmy szybko, bez zbędnego ociągania się. Jak zwykle ciężko było mi nadać równe tempo. Między pierwszym a drugim kilometrem wspinaliśmy się pod prawie że najwyższy punkt trasy i tempo spadło. Był moment, że Garmin pokazał tempo chwilowe 4:10. Ale po pierwszym kilometrze był zapas. W okolicach 2470 metra próbowałem powiedzieć Marcinowi, że ma nawracać, jak zobaczy 2500 metrów. Jako, że wyraża się myśli wolniej, niż się biega, to Marcin rzucił okiem na Garmina i gwałtownie nawracaliśmy – prawie że w miejscu. Po nawrotce droga jest lekko z górki, to i lekko przyspieszyłem. U Marcina chwilowe weszło nawet w okolice 3:40… bo mnie gonił.

Koło trzeciego kilometra słyszałem już, że Marcin lekko zaczął gubić oddech – nie było źle, ale jak mantrę zacząłem mu powtarzać, że ma myśleć tylko o oddechu. Trzeci i czwarty kilometr weszły równo w okolicach 3:55. Był zapas jak cholera. Nie mogło się nie udać. Na ostatnim prostym odcinku rzuciłem do Marcina, że wyjdzie mu ta piątka, bo mamy zapas i że będziemy przyspieszać (jak da radę) na ostatnich trzystu metrach. Dał radę. Zegarek piknął wcześniej i chciałem się zatrzymać, ale Marcin nie hamował i dobiegliśmy do miejsca, z którego startowaliśmy. U mnie wyszło 5050 metrów. U Marcina 19:50, u mnie 19:48.

Tylko dodam, że według Garminowego odliczania Marcin zrobił piątkę w 19:41. I biorąc pod uwagę czasy na poszczególnych kilometrach i to, że nikogo nie wyprzedzaliśmy, to ten czas powinien być Marcina nowym PB na piątkę 

3:57  |  4:02  | 3:55  | 3:55  | 3:52 = jakby nie liczyć to 19:41...

No i mamy sekcję Gepardów. I całe dwóch nas jest.

Kto następny? No kto?!

* * *

PS. Duży PS. Prawie jak z „Faktu”…
Relacja z pierwszej ręki męki, bo dostałem oryginalną relację bohatera:

To był „dobry dzień na nalot bombowy” jak brzmi tytuł jednej z piosenek Sigur z genialnej płyty Agaetis Byjrun, czyli Dobry początek. Dla mnie ten dzień był idealny na zamknięcie sezonu dobrym czasem, ale wszystko po kolei… 

Preludium do dzisiejszego wieczornego biegu był wczorajszy trening na stadionie. Jak zwykle o 19 spotkaliśmy się z Jackiem i Arkiem i po lekkim rozruchu zrobiliśmy dwa biegi 2,5km w tempie 4:20 i 4:0/km z przerwą 5 minut. Ja prowadziłem, Arek za mną, a Jacek na końcu pilnował, żeby Arek biegł równo jak po sznurku. Wyszły idealnie, a szczególnie dlatego, że Arek biegł równym tempem i wytrzymał oba biegi do samego końca. Po treningu Jacek podrzucił mnie do domu i gdy wysiadałem z auta rzucił hasło, że jak będę chciał zrobić jutro coś gupiego, to żebym dał znać. Już zamykając drzwi Hondy wiedziałem, że to coś głupiego to będzie zmierzenie się z 5km i będę chciał zejść poniżej 20 minut. To postanowienie towarzyszyło mi przez cały wtorek, nawet napisałem Jackowi na Messengerze, że mam taki plan, ale nie odebrał wiadomości i dopiero ok 17:30 telefonicznie podzieliłem się z nim pomysłem. A że Jacka długo nie trzeba namawiać na takie rzeczy ustaliliśmy termin na 18:40, trasa do Pogorzeli. Oczywiście się nie wyrobiłem i gnałem na spotkanie w tempie 4:40, co w sumie okazało się niezłą rozgrzewką.
Czułem się bardzo dobrze, naleśniki Moniki z serkiem straciatella na obiad okazały się idealnym paliwem i czułem moc. Jacek czekał przy peronie w Śródborowie, krótka rozmowa przez długość peronu dała mi chwilę odpoczynku i byłem gotowy.

Potem to już tylko ciemna trasa oświetlona czołówką Jacka, jego postać kawałek przede mną i światła samochodów z naprzeciwka. Tak sobie potem pomyślałem, że to dobra trasa na oszukanie głowy, nie widzisz trasy, nie czujesz odległości, metry uciekają… pierwszy kilometr minął bardzo spokojnie, 4 sekundy zapasu mocno mnie zdziwiły, bo nie czułem, że jest tak szybko. Szybko jednak straciłem ten zapas na 2 km, gdzie wykręciłem 4:02, choć znów nie czułem, że tym razem zwalniam. Potem biegnąc pod górkę szło mi całkiem nieźle, tylko po nawrocie przez dłuższą chwilę nie mogłem złapać rytmu, przyśpieszyłem i trochę pogubiłem tempo. Na szczęście nie miało to złych konsekwencji, wręcz przeciwnie, czas 3 km wyszedł 3:56! To był zawsze kryzysowy kilometr i od tej pory nabrałem przekonania, że się uda. Jacek biegł równym tempem i co jakiś czas doganiałem go, a czasem mi odchodził. Serce pracowało miarowo, oddech jako tako. Dawałem radę. Bałem się też przejścia dla pieszych, że coś nas przytrzyma, ale w jedną i drugą stronę było pusto i nie musieliśmy się zatrzymywać. Kiedy Garmin po czwartym kilometrze pokazał 3:55 poczułem zmęczenie, Jacek powiedział, że ostatnie 400m pociśniemy, ale już podświadomie wiedziałem, że będzie ciężko. 500m przed metą tradycyjnie włączyła mi się PANIKA, serce przyśpieszyło, nogi pogubiły rytm i tak było do 200m przed metą. A po wyłączeniu stopera zegarek pokazał 19:49, a czas ostatniego kilometra 3:51! Dotychczasowy rekord 20:10 poprawiłem o 21 sekund! Tak naprawdę to 20, bo Garmin Connect uznał czas biegu i nowy rekord – 19:50. Tak dzięki pomocy Jacka, jego pacemakerowaniu udało mi się wykonać założenie zejścia poniżej 20 minut i jeszcze teraz nie wierzę, że się udało… A jednak! 

Przybył. Przebiegł. Zwyciężył. A miało być 3P…
That’s all Folks!


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *