Tu, o tu… stał pomnik

      Brak komentarzy do Tu, o tu… stał pomnik

To zdecydowanie był najbardziej treningowo zapracowany tydzień tego roku. I jak przy kilku innych wpisach, już tu mógłbym zakończyć bazgrolenie, ale za dwa-trzy lata nie będę nawet pamiętał, że ledwo chodziłem…

Wszystko zaczęło się oczywiście od wspomnianego biegu na piątkę,  gdzie prawie otarłem się o oficjalny czas z Siedlec. Prawie, bo brakło 8 sekund.

W poniedziałek, zaraz po tym biegu poszalałem w Mińsku na tartanie z moim ulubionym 30*200 metrów. Wyszło piekielnie szybko – 34 z wiatrem i 37-38 pod wiatr. Mięśnie dostały w kość, tak, że chodzenie… boli. Jeszcze. A jest sobota.

We wtorek z Marcinem i Arkiem zrobiłem 1 i 2 kilometry po 4:00. Na chwilę chodzenie przestało boleć. Na chwilę. Bo w środę było wolne a w czwartek trening w kolcach… na OKSie. To nie pomyłka 🙂 Był to krótki, sprinterski trening, do którego pewnie w przyszłości wrócę – w sensie opisu. Bo na razie to utajniony projekt. W każdym razie efektem był ponowny ból istnienia chodzenia oraz to, że poznałem swój czas na 60 metrów. Kiedyś pisało się <ROTFL>, teraz napiszę tylko, że udało się budę rozkulać do 7,79 sekundy. Podobno dobrze to wróży i podobno jest możliwe, że kulnę swoje upragnione 56 sekund na 400 metrów.

OK. To treningi siłowo-szybkościowe. A teraz trening bluffowy (bo wynik będzie na pewno na enduhubie), czyli o najwolniejszym biegu w roku. I chyba nawet w ostatniej pięciolatce 😛

Tu, o tu… stał pomnik

Po piątkowym baaaaardzo wolnym roztruchtaniu i na ciągle bolących mięśniach, w sobotę pojechaliśmy rodzinnie plus MarcinO na praski Parkrun (Skaryszak). Nie poznałem parku. Ktoś zapi…erniczył pomnik, spod którego startowaliśmy dwa lata temu. Tyle mnie tu nie było. I się zgubiłem. Dla niedowiarków wykopane foto:

Tu, o tu... stał pomnik

W końcu trafiliśmy i na starcie stanęło dwóch debiutantów – Marcin i Szymek. Marcin pobiegł sam, a ja robiłem za asystę honorową. Efekt – Marcin lekko ponad 20 minut i 10. miejsce, Szymek 71. a ja za nim na 72. miejscu z… 32 minutami na pięć. No kiedyś trza zacząć wolniej biegać, no nie? W każdym razie ostatni nie byliśmy – za nami szła jeszcze babka w ciąży… i przeszła całą trasę.

Pracowity tydzień był to, rzekłby pewnie Joda. A wkrótce czeka nas być może więcej Parkrunów, bo i Szymkowi, i Marcinowi impreza się spodobała 😉


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *