Wiatrem w dziób

      Brak komentarzy do Wiatrem w dziób

Wiatrem w dziób uderzało przez cały mijający tydzień. Wiało raz słabiej, raz mocniej, ale głównie zimno. Mimo tego tydzień udał się nadspodziewanie dobrze. Po pierwsze kilometraż przekroczył 80 kilometrów; po drugie udały się sesje specjalistyczne; po trzecie bardzo dobrze wypadł mi udział w IV Biegu Wąskotorowym.

Tydzień zaczął się spokojnym rozbieganiem w świąteczny poniedziałek. W środę zrobiłem pierwszą sesję w której były cztery powtórzenia rytmów – 200 m/200 truchtu + 200 m/400 truchtu + 800 m/800 truchtu. W czasie tego treningu po raz pierwszy dał się we znaki wiatr – ostatnia osiemsetka to była męczarnia, ale walcząc do końca utrzymałem zakładany czas.

W czwartek był bieg spokojny, a w piątek niespodziewanie odezwał się Olo, stwierdzając, że możemy iść pobiegać. Ze względu na poważną kontuzję sporo nie biegał i nie chcąc tuptać po asfalcie poleźliśmy w las, zwiedzając zielony szlak.

IV Bieg Wąskotorowy

Piątkowe bieganie z Olkiem zaburzyło mi trochę trening, ale uznałem, że start w zawodach to też okazja do treningu. Tydzień ten miał tylko dwie sesje specjalistyczne – drugą miał być bieg progowy. A do tego zawody nadają się wyśmienicie. Tak też nastawiłem się na bieg – chciałem pobiec spokojne 4:30-4:35 na kilometr. Założenie treningowe mówiło o 40 minutach ciągłego biegu i dystansie około 9 kilometrów.

Niestety na starcie spotkałem Piotrka, poznanego wcześniej podczas Karczewskiego Biegu Szlakami MPK i plany poszły się paść. Piotrek wypalił, jak szalony i w zasadzie cały bieg to była praca na zmianę. Raz prowadził mnie Piotrek, raz ja jego. To był szybki bieg – średnia z biegu to 4:13/km. Były i kryzysy, i wyścigi (z dwoma kobietami, które goniliśmy, a które skończyły jako pierwsze w kategorii kobiet open) – progowy na medal. Najcięższe kryzysy przychodziły właśnie w porywach wspomnianego wcześniej wiatru w dziób – 3 kilometr, a potem kolejne po sobie – 6, 7, 8… Najbardziej odczuwalny był na siódmym kilometrze, gdzie fizycznie czułem, jak spada prędkość w podmuchach wiatru…

Według organizatorów mój czas to 42:47 na 10 km, wg Garmina 42:50 na 10 150 m (z czasem 42:14 po równych 10 kilometrach). Nieoficjalnie to najlepszy czas na 10 kilometrów! No i trzecie miejsce w kategorii mieszkańców gminy Otwock…

To był bardzo dobry trening z jeszcze jednego powodu – w końcu ktoś (w tym wypadku kibicująca rodzinka na mecie) zrobił mi fotkę w czasie biegu. I ta jedna fotka spośród innych pokazała, że skończył się etap tuptania. W końcu na zdjęciu widać fazę lotu 😛

wiatrem w dziób... 2w1: faza lotu i nowe Pumy...

i… nowe Pumy

Zawody były przy okazji testem nowo kupionych butów, które zastąpiły rozwalone już stare Reeboki. Reeboki, które w zasadzie nie nadawały się do biegania, ale były do tej pory najwygodniejsze na asfalt. A nowe to Pumy – tym razem model Carson Runner. Test się udał – Pumy okazały się butami niezwykle niepozornymi, a przy tym super wygodnymi, szerokimi w śródstopiu i lekkimi; a Reeboki tego samego dnia po zawodach poleciały na śmietnik.

I właśnie to – powyższą fotkę – uważam za jeden z kolejnych najważniejszych, widocznych efektów tegorocznego ciężkiego treningu. A sezon dopiero się zaczyna! 😀


0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *