9.XX na 3

      Brak komentarzy do 9.XX na 3

Dużo słońca na plaży; jelitowe czyszczenia na low-carbie (a nie keto… – jak to Monika mnie cały czas poprawia, bo za mało MCT i innych tłuszczów piję…) i w końcu kończący się czas przez wyjazdem do Otwocka… Razem dały lekkie (według niektórych domowników nawet wkurwiające) podenerwowanie.

Co by dużo nie ględzić – parę ostatnich treningów nie poszło tak, jak miało pójść według mojego pomysłu. Do dziś.

Polazłem na Pętlę Reja. Zrobiłem porządną (pierwszą od dawna!) rozgrzewkę. Zrobiłem kilka setek, aby uświadomić nogom i głowie tempo. Pomarudziłem chwilę i ruszyłem. Z mocnym postanowieniem w głowie, że cokolwiek będzie się dziać – biegnę do pełnych trzech kilometrów. Żeby hartować nogi i łeb.

Pierwszy kilometr jest pofałdowany – ma dwa lekkie wzniesienia z topami na pięciuset i ośmiuset metrach. A głowa w tym czasie miała taką rozkminę:

Pierwszy kilometr polecę spokojnie, na 3:30, potem przyspieszę, bo jest bardziej z górki. Ale deszcz śmieci naniósł na drogę…

Kilometr się skończył. 3:16. Było szybko. Zaczął się właściwy spad na trasie. A łepetyna swoje:

Pierwszy szybko. Dobrze. To teraz drugi podobnie. Będą dwa szybkie, to potem nawet 3:50 i będę w domu. Gdzie ten słupek pieroński?

Słupek oznacza drugi kilometr – a ja ciągle zakładałem czas na 17:30, więc 10:30 na trzy kilometry).

Takie myślenie doprowadziło do tego, że na Garminie było widać pełne rozluźnienie na ostatnich stu metrach przed kliknięciem drugiego kilometra. Tempo spadło nawet chwilowo do 3:44. To był już luz. A tu zegarek robi niespodziankę i wali po oczach 3:17. Nie mogłem zrobić, jak se łeb zaplanował. No nie mogłem. Leciałem dalej rozpędem do 2,5 kilometra. Potem była chwila osłabienia. A później, na trzysta metrów przed końcem, choć już nie chciałem, to udało mi się rozpędzić ponownie do okolic tempa na 3:10.

I doleciałem. Ostatni kilometr piknął na 3:20. Po podliczeniu w Excelu wyszło 9:54,3. Nowy rekord na trzy tysiące. Słabszy o jakieś 10 sekund z mojego najszybszego startu za czasów ogólniaka i Piasta Cieszyn. Ale ten fakt nie ma znaczenia – bo już jest lepiej – wtedy nie biegałem już nic dłuższego na zawodach. Teraz – następne w kolejce jest cztery tysiące metrów 😮  A przy okazji tego biegu Garmin uznał mi nowy, lepszy o sekundę, rekord na milę 😛

No i tak – zdążyłem przed wyjazdem i spełniłem groźbę z jednego z wcześniejszych wpisów – 9:XX na 3000m. Średnio 3:18 na kilometr. I teraz dopiero mogę wrzucić na luz 😎

Archiwa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *