…ale także i radości

      Brak komentarzy do …ale także i radości

To cytat. Który wyjaśnię. Wkrótce. Albo na koniec.

Wszystko zaczęło się od snu. We śnie, z jakiegoś nie znanego mi bliżej powodu, co jakiś czas walczyłem. Walczyłem sam ze sobą. Taki sen. Jego znaczenie szybko do mnie dotarło… odpuść. Odpuściłem. I wtedy plan sam wskoczył do łepetyny. Kolejnym etapem była rozmowa z Marcinem – o tym, że znacznie lepiej trenuje się z planem.

Okres udawania, że mam jakiś sensowny trening odszedł w niepamięć. Lektura moich własnych wpisów pokazała mi jeszcze jedną zaskakującą rzecz, na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi. Ostatnie dwa lata treningowo zaczynałem znacznie później (w marcu/kwietniu) – ale dzięki temu pełną prędkość utrzymywałem aż do zimnego listopada i grudnia – kiedy udawało mi się machnąć życiówki na krótkich dystansach (czy to 400, czy 200, czy w końcu sto metrów).

Więc… po wspomnianym śnie i rozmowie z Marcinem, w łepetynie pojawił się PLAN. Maksymalnie prosty – wzięty z doświadczenia i z połączenia Danielsa, Horwilla i Hollera. Okres treningowy to 14 dni, w ciągu których chcę robić 11-12 treningów – z Danielsa jest tylko podejście, z Horwilla – trening pod kilometr i pięć kilometrów, reszta to Hollerowskie super-szybkie krótkie oraz siłowe grzybki. Cel jest prosty – utrzymać moc, aby schodzić poniżej minuty na 400 metrów, kilometr z granicach 2:5X, oraz – w końcu zabrać się za piątkę 🙂

Trening zaczął się jak zwykle od wycinania, klejenia – stary Danielsowy sposób z karteczkami, który być może pamiętają znajomi z Otwock Biega, z którymi biegaliśmy na kartoflisku. Kiedyś może wkleję zdjęcie tego czegoś wiszącego na tablicy korkowej… Tego czegoś, co dla wzrokowca i „tunelowca” jest największym motywatorem i skarbem.

Dziś mija trzeci dzień treningu i już jestem potwornie zmęczony… Ale po kolei. W niedzielę wybrałem się na rundkę po lesie – bo po pierwsze chciałem zobaczyć, jak daleko jest drogą przez las do Sopotu na stadion, a po drugie miałem nadzieję, że znajdę jakąś trasę na jedno-, dwu- i trzy- kilometrówki interwałowe. Znalazłem.

W poniedziałek rowerem pojechałem do Sopotu na Stadion Leśny. Po raz pierwszy byliśmy tam całą rodzinką w 2020 roku – wtedy dowiedziałem się na miejscu, że jest płatny (10 PLN), i że z zewnątrz wygląda przyzwoicie. A że moja wędrówka po tartanach w Trójmieście i Małym Trójmieście nie należy do najszczęśliwszych, to musiałem spróbować i tej bieżni. Na wejściu zonk – inflacja w ciągu niecałych dwóch lat wyniosła 50% – wejście kosztuje 15 PLN… To nie Putinoinflacja, jak donoszą media mainstreamowe, tylko IMHO polskie cwaniactwo (co widać było z benzyną na Orlenach) – gdzie mogem, to podniosem; a nusz zarobiem

Drugi zonk nastąpił już na bieżni. Twarda, zniszczona, popękana. Potrenowałem godzinę, coby coś z tego treningu wycisnąć i obiekt opuściłem. Największym jednak zdziwieniem było to, że stadion pomimo tego, że otoczony jest pagórkami i lasem, ma ciąg wiatru idący z góry w dół, do morza. A miałem nadzieję, że będzie „cichy”, nawet w wietrzne dni. Nic z tego.

Więc mój ranking tartanów wszechczasów jest taki (szanujta, co mata w pobliżu!) – 1. Sulejówek (300m), 2. Mińsk Mazowiecki (400m) i 3. Piaseczno (400m). Rumia jest OK, ale nie jest to najszybszy tartan, na jakim biegałem. Choć pochwalę – JEDYNY w okolicy OTWARTY i bezpłatny… Z małych zostaje dwustumetrowa bieżnia szóstego LO na Wzgórzu św. Maksymiliana. I tyle ranking.

No i został ostatni dzień nowego początku 🙂 Oczywiście na drodze do Sopockiej. W planie było 6 powtórzeń 100 lub 150 metrów. Mięśnie miałem obolałe, więc w zanadrzu było podejście Hollerowskie – jeden dobry czas i… koniec. Wziąłem ze sobą spadochron (kupiony w GoSporcie)  i chciałem robić powtórzenia na zmianę – najpierw bieg zwykły, po nim – ze spadochronem. Oczywiście na Freelapie. Pierwsza setka mocno mnie zaskoczyła – 12,37… Po takiej przerwie w superszybkich był to wynik… zupełnie zwalniający mnie z dalszych prób. Ale pobiegłem ze spadochronem.

I napiszę tak: jak się biegnie pod wiatr, to uderzenie w dziób zatyka i zwalnia, zwalnia… walczysz, przebierasz nogami, ale czujesz się jak w smole owad… ale jest to walka zupełnie bezsensowna. Wrażenie z biegu ze spadochronem jest inne – nie uderza w dziób, nie zatyka oddechowo. Ciągnie do tyłu i na boki 🙂 A różnica polega na tym, że wkładając więcej mocy w uderzenie stopą w podłoże CZUĆ, jak przezwycięża się opór spadochronu. I tak z każdym kolejnym krokiem. RE-WE-LA-CJA! Spadochron wchodzi do podstawowego zestawu na szybkich na Sopockiej. A po biegu ze spadochronem byłem ciekawy, jak zareagują mięśnie na brak oporu…

No i czas nawiązać do tytułu.

Mieliście kiedykolwiek w czasie biegu – nieważne, czy na kilometr, czy na pięć, dziesięć, w maratonie… uczucie, że biegnąc zdajecie sobie sprawę, że ten bieg jest po prostu genialny i niepowtarzalny? Miałem takich przebłysków tylko kilka przez te już kilka lat biegania i jest to najbardziej wyczekiwany, zaskakujący i „unoszący” moment. Bieg pełną parą, wszystko gra, nic nie nawala, biegnie się lekko mimo wysiłku, oddech jest równy – i czujecie, że czas/dystans/miejsce nie mają znaczenia, bo czujecie, że jest to właśnie TEN bieg?

I wtedy coś zmusza was do wykrzyczenia tego uczucia i krzyczycie… U mnie jest to długie, przeciągnięte kuuuuuurwa 🙂 Takie radosne, zdziwione nawet… Tu mogę to napisać – to nie cenzoroEFbook, ani cenzoroXtube, ani nie cenzoroYnstagram

Właśnie coś takiego miałem dziś w czasie drugiej setki. Równy oddech, ogromne spięcie mięśni, aby „vertical force” była naprawdę vertical i force… oraz idącą gdzieś z głębi radość, którą musiałem wykrzyczeć naszym starym, słowiańskim przekleństwem. Przekleństwem? No… niezupełnie przekleństwem 🙂

Najpopularniejszy wulgaryzm w języku polskim ma wiele znaczeń. Mówi się, że wyraża on więcej niż tysiąc słów i jest wręcz ultrauniwersalny. Niektórzy traktują go jako przecinek w zdaniu, przerywnik, inni używają go do wyładowania emocji strachu, gniewu, podkreślenia podziwu, zdziwienia, zniecierpliwienia, rozczarowania, zdenerwowania, ale także i radości.

I z tej radości biegania wpadł trzeci w mojej nowożytnej historii biegowej czas na 100 metrów – 11,80 mierzony Freelapem na mierzonym odcinku. A poza tym jakaś równowaga musi być przy obecnym zalewie jakimiś obcymi, niezbyt dobrze kojarzącymi się historycznie okrzykami sławiącymi… no właśnie co?

No i kończąc ten długaśny wpis, dodam tylko, że trening też zaczyna żyć własnym życiem… i znowu sprawia mi radochę. Tak jak powinno być. Bez spiny, bez walki. Metodycznie. Z ogromnym zmęczeniem. Ale i z radością z tego zmęczenia!

Archiwa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.