Nuda, nuda, nuda, czyli rekord na 10

      Brak komentarzy do Nuda, nuda, nuda, czyli rekord na 10

Nuda, nuda, nuda. Nie było o czym ostatnio pisać, bo było nudno. Z jednej strony ciężki trening, w którym nic się nie dzieje. Tylko bieganie… Z drugiej strony cały czas te same trasy, te same ścieżki…

Oprócz jednego popisowego zarycia dziobem w piasku, na wystającym korzeniu, który ktoś podłożył (i dobrze zakopał), nie działo się nic.  Aż do końca tygodnia.

Szybkich piątek nie było, bo leń uspokoił się trochę. Były za to co drugi dzień długie wybiegania. Czasy na dziesięć nie należały do powalających, ale w sumie nie chodziło o czasy. W tym tygodniu chodziło o przełamanie i w miarę regularne bieganie, bez względu na pogodę. I takie założenie udało się mi zrealizować.

W sobotę wyszło jeszcze dłuższe wybieganie. Razem z ludźmi z Otwock Biega (a była nas dziewiątka biegnących razem) polecieliśmy tradycyjnie na Torfy. Po Torfach grupa się rozpadła na mniejsze. I tak biegnąc tylko z Marcinem i Michałem zrobiliśmy 13 kilometrów, co z moim dobiegiem z domu i do domu dało już ładne 17 kilometrów.

Nie sam bieg był jednak najważniejszy. Marcin i Michał uświadomili mnie nieco, bo głąb straszny ze mnie był i nie zdawałem sobie sprawy ile się dzieje w okolicy. I tak, zaraz po powrocie ze wspólnego biegania, zapisałem się na Otwocki Bieg Integracyjny, który odbędzie się już 11 września. To co prawda tylko 5,4 kilometra… ale limit miejsc wynosi 300, a nie 10 tysięcy. I opłata to dziesięć złotych polskich a nie 100…

otwocki_integracyjny

Kolejny bieg, na który też od razu się zapisałem, to terenowy VI Bieg Otwocki z okazji 100 rocznicy uzyskania praw miejskich przez miasto Otwock na dystansie 10 kilometrów. I podobnie z limitem 300 miejsc. I do tego bezpłatny. Same zalety.

Marudzący ostatnio A., który biega mniej niż więcej, skwitował, że bieg darmowy to nie bieg a koszulki są do bani. No cóż – kwestia gustu. Wolę taki. I zdecydowanie wygrywa Otwocki nad Niepodległości. Jak już będę na poziomie ustanawiania rekordów, wtedy się zdecyduję na taki z atestowanym pomiarem czasu. A na razie uważam, że nie warto pchać się w tłum, jak na miejscu jest za free i jeszcze po lesie.

Dowiedziałem się jeszcze o innych biegach w okolicy, ale o nich później, jak przyjdzie pora. Teraz trzeba coś potrenować do Integracyjnego i chyba wrócą Szybkie Piątki.

Tydzień biegowy zakończył się w poniedziałek, po niezłym biegu w kałużach błota, który przy okazji okazał się najszybszym moim biegiem na 10 kilometrów. Mimo błota, mimo kierowcy pytającego o drogę do Karczewa i mimo chlapiących wodą butów.

W ostatnim poście wspomniałem o nieoficjalnym czasie na 10 kilometrów, który wyszedł mi na 45:19. Teraz oficjalnie już, w poniedziałek udało mi się wykręcić 44:48. W końcu nadszedł moment na który czekałem od stycznia, kiedy zaczynałem „ciężki” (wtedy taki dla mnie był) trening na Skrze.

Jest to też czas, który zaczyna już przypominać to, od czego zaczynałem moją biegową przygodę przed moim „wejściem” do klubu w Cieszynie. Podobnie (jak dziś) szczęśliwy będę, gdy uda mi się zobaczyć na początku 42 minuty… ale też wiem, że to jeszcze długa droga.


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *