…przez las biegłam po bułki…

      Brak komentarzy do …przez las biegłam po bułki…

Wydawało mi się, że ten fragment jest z jakiejś piosenki. Nie? Trudno!

A tytuł nawiązuje do jednego z moich ostatnich biegów, gdzie zakopany po kostki w śniegu dotarłem pod Biedronkę w Gdańsku Osowej, gdzie po tym jak stanąłem wryty – zawróciłem… i zgubiłem się. Nie wiedziałem, że to tak blisko!!!

A teraz krótka i nieciekawa staro-nowo-roczna retrospekcja…

Dzielenie czasu między różne niezupełnie sensowne i zbędne do życia czynności pozwoliło ukończyć mi ubiegły rok ze znacznie odpuszczonymi treningami. Słownie po policyjnemu „pinćset”siedmnaście kilometrów… Monika nawet pytała mnie, czy straciłem motywację, czemu odpuszczam… Na filmach zawsze mówią, że odpowiedź nie jest prosta… A u mnie – odpowiedź jest bardzo prosta – w zeszłym już roku osiągnąłem wszystko, czego chciałem. I przestało mi zależeć na ciężkim treningu. Czasy – co podkreślę – zrobione na zbiegach a nie na bieżni, ale zgodnie z planem i na dokładnie wymierzonych taśmą lekkoatletyczną odcinkach 100, 200, 400 metrów i mierzone Freelapem udowodniły mi że mogę. Mogę – szybciej niż w latach treningu w klubie za czasów ogólniaka. Również – po latach – wróciłem do aikido, wciągając w to Szymka… szkoła wiedźmiaków, hłe-hłe 😀 😮 😎

I tu, jako że to wpis noworoczny, czas na małe podsumowanie. Nie byłoby tego wszystkiego bez paru składników tej mikstury.

Po pierwsze wchodzi rzecz najważniejsza – programowanie durnego łba, żeby uwierzył, że może. Na początku mojej biegowej przygody były to jakieś pierdoły i dyrdymały – choć – jak na tamten czas – bardzo potrzebne pierdoły i dyrdymały. Ubiegłoroczne wyczyny mają swoje źródło w sporządzonej gdzieś w okolicy nowego roku (pliki żródłowe wskazują czas między 29.12.2020 a pierwszymi dniami 2021) tablicy marzeń, nad którą usiedliśmy całą rodzinką i każdy z nas stworzył mniej-więcej obraz tego, co chce osiągnąć w nadchodzących latach. Ja swoje trzymam już w garści i pozostaje tylko zamknąć klatkę. A miały być do zrobienia w „pińć” lat…

Po drugie – ogromną rolę w ubiegłorocznym bieganiu i niewyobrażalnej wcześniej dla mnie wydolności zrobił obcięty kilometraż treningów oraz – tu ukłon – dla najlepszej kuchary (lub kuchaczy, jak kto woli) w okolicy operującej formami do chleba i garnkami rzymskimi, pod bacznym okiem uśmiechniętego domowika 🙂

Po trzecie – coś, co wcześniej tylko musnąłem, zachwycony używając isostarów i innych badziewi. Wiedza ta przebijała się tak długo, jak długo ją zdobywałem. W tym roku wprowadziłem z całą mocą i z planem. Odpowiednia suplementacja, która miała podciągnąć komórkową wydolność mięśni do maksimum (tu trochę pomógł Marek Skoczylas, innych źródeł ni-hu-hu nie zdradzę, bo mogą szkodzić zdrowiu, jako że pochodzą ze źródeł poza mainstreamowych).

Nowy początek…

…choć Garmin swoją odznakę noworoczną nazywa „Mocny początek”, to powinna brzmieć nowy początek. Mimo trudności i szałwiowego szamanizmu – hmmm… a może dzięki nim razem wziętym – mam plan na nadchodzący rok. Podobnie jak zeszłoroczny jest bardzo prosty – utrzymać czasy z tablicy progresu z roku 2021 i zacząć lekko trening pod 5 kilometrów. Bo przecież na 55 urodziny chcę zobaczyć 34:59 na dziesięć kilometrów.

Monika wyraziła niechętną chęć powrotu do Parkrunów i jeśli tylko ich zaś nie zlockdawnują, to będzie jedna z metod sprawdzania poprawy wydolności na dłuższych dystansach. No bo w końcu od czegoś trzeba zacząć, nieprawdaż?

Archiwa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *