Sentymentalnie i lutowo

      Brak komentarzy do Sentymentalnie i lutowo

Plany treningowe na początek lutego, po powrocie z Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego w Cisnej były takie, że ho ho…a wyszło z nich jeszcze większe ho-ho. Pierwsze dwa tygodnie lutego przeszły pod znakiem choroby – nie wiem, czy to osłabienie po maratonie, czy co innego – faktem jest, że rozwaliło mi gardło i zatoki.

Powrót do biegania po chorobie wypadł dopiero w trzecim tygodniu lutego. I wyszło tego ładne, jak na pochorobowe, 5 dni treningów z prawie 74 kilometrami. Najfajniejszy, ale i najtrudniejszy okazał się trening czwartkowy na stadionie OKSu. W planie miałem biegi progowe – miało być dwa razy 10 minut w tempie na 4:29 (wg Danielsa dla mojego VDOT=47). Dobieg do stadionu był jeszcze po sporym śniegu i wodzie w lesie, do tego na karku jadący na rowerze dziecior, narzekający, że już nie może. Stąd też i planowane 2×10 minut nie wypaliło, i pod marudę próbującą liczyć okrążenia między zabawą w śniegu i błocku, udało się zrobić 1×10 min + 1 km na maksymalnej prędkości. W biegu progowym na 10 minut tempo wyszło szybsze, bo 4:13, więc trening się nie udał 😛

Kilometr na maksymalnej wyszedł na 3:49-3:50… trudno ocenić, bo Garmin też do końca nie wiedział, co podać. Najpiękniejszy widok tej zimy – po pół kilometrze tempo wg Garmina było na 3:35… Muszę tylko podkreślić warunki – błoto i śnieg na bieżni były takie, że musiałem zwalniać na łukach, żeby się nie wywalić. I obiegać ławeczki, żeby nie biec w błocie. Na wiosnę, na suchym zrobię nowy rekord na 1 km 🙂

W sobotę, z grupą Otwock Biega, już po rozdzieleniu się z główną grupą, która nie była w stanie biec po lodzie, pobiegliśmy z Jurkiem (obaj w kolcach) w okolice Łysej. Tam zostałem już sam i chciałem zrobić trochę podbiegów. Wyszły 3 – bo było jakoś cholernie ciężko, i nie chciałem przesadzić. Jeszcze tam pobiegam, jak zejdzie lód.

Przedłużony tydzień biegowy zakończyłem dziś walką z błotem i resztkami lodu w lesie. Według planu miało być 20 km, wyszła krótsza trasa na 13. To miał być spokojny bieg, ale wyszedł ciężki i z przeszkodami. Środkiem Czerwonej Drogi nie dało się biec w lekkich letnich butach – lód i woda zrzucały na bok z garba. Po raz pierwszy, jak biegam po Otwocku, cieszyłem się z bocznych piaszczystych ścieżek przeciwpożarowych z boku drogi. A sentymentalnie mi się zrobiło, jak zdałem sobie sprawę, że dyszka z lodem, błotem i mokrym, miękkim piachem wyjdzie mi na 54 minuty, które rok temu na Skrze były nie lada osiągnięciem. W lutym, rok temu czymś ciężkim było tempo 5:06 w biegu na 5 kilometrów, 5:25 w biegu na dychę… na stadionie. Dziś – 5:30 na trzynaście w błocie i lodzie…

Swoje robi rok w miarę regularnego biegania i druga zima, która będzie wybiegana. Koniec sentymentalnego nastroju…

A z innych ciekawych rzeczy – za półtora tygodnia, po powrocie z Cieszyna, wyjazd na Półmaraton w Wiązownie 😀


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *