Wyniki badań, czyli co burzy granice i bariery


Środowe popołudnie minęło na lekkiej piątce na Skrze. Tempo było tak spacerowe, że aż poczułem niedosyt. Czas na kółkach wokół stadionu leciał szybko, bo obserwowałem trenujących rugbistów. Po pięciu kilometrach poczułem, że to trochę mało, choć gorąc trochę się dawał we znaki. Najpierw padło na półkilometrówki. Tempo było zadowalające i wzrastało, mimo zmęczenia. Na koniec postanowiłem jeszcze zrobić kilometr – również wyszedł ładnie; 4:30 – super szybko nie było, ale i tak byłem zadowolony.

Wieczorem tego samego dnia co godzinę zaglądałem na stronę, gdzie miały się pojawić wyniki badań krwi. W końcu pojawiły się. Mniej-więcej takie, jakich oczekiwałem. Coś we łbie pękło i zdałem sobie sprawę z tego, że brak wydolności, który „obserwowałem” u siebie to tylko mój głupawy wymysł. Czyli leń nie chcący męczyć się za bardzo.

Na czwartek przypadło tuptanie w lesie. Idąc na trasę zakładałem tradycyjnie już dwadzieścia kilometrów. Założenie założeniem, jednak na pierwszym punkcie orientacyjnym wiedziałem już, że czas jest na tyle dobry, że mógłbym myśleć o łamaniu drugiego tegorocznego celu  (22:30 na 5 kilometrów). Wiedziałem też, że przy tym tempie i tak padnę później w trudniejszym terenie. Szybko we łbie poprzekładały się puzzle – obiecałem sobie, że jeśli czas na koniec będzie lepszy niż 50  minut na dziesięć, to kończę bieg i ostatnie 3 kilometry już potruchtam. Nastawiałem się na dziesięć z perspektywą na rekord (dotychczasowy z lipca 2014 to 49:32).

Utrudnieniem na tej trasie jest to, że nie pamiętam rozłożenia kolejnych punktów na trasie, z wyjątkiem ósmego kilometra. To trochę utrudnia ocenę, na jaki czas biegnę 😛

Bieg, co mnie zaskakiwało w jego czasie, był równy, z równym oddechem i bez zmęczenia na zbiegach (które ostatnio coś sprawiały mi kłopot). W końcu. Dodatkowo, mentalnie czułem się lepiej niż zwykle. Czując momentami, że tempo spada, poganiałem się w myślach do przyspieszania.

Po ósmym kilometrze wiedziałem już, że 50 minut padnie na pewno. Tempo wskazywało, że może być nawet ciut lepiej. Ostatnia prosta to jakieś 800 metrów i udało mi się jeszcze przyspieszyć. Po przekroczeniu punktu, gdzie wypada dziesiątka, nie wiedziałem o ile jest lepiej. Najpierw musiałem się wydyszeć. A potem było dyszenie i euforia… Dotychczasowy rekord z Biegu Powstania Warszawskiego z 2014 roku padł… o równe 2 minuty (47:32). I nie po asfalcie, z adrenaliną biegu w tłumie, a na samotnej walce w terenie.

Jak wcześniej o tym pisałem, zdałem sobie sprawę, że coś pękło i wylazłem ze strefy komfortu. I to mocnym akcentem. Biegnąc, w pewnym momencie pomyślałem, że jest to bieg w którym ciężko by było z kimś mi rozmawiać.

Granica, którą sobie wmówiłem, przestała istnieć. Trening pewnie też robi swoje, ale myślę, że to łepetyna zrobiła największą robotę przestając przeszkadzać. W ten sposób już w maju tegoroczny cel na dziesięć kilometrów wszedł do strefy bardzo możliwej do osiągnięcia.

Podsumowując – nie będę sobie wmawiać braku wydolności. Jest słabsza jak kiedyś, ale wraca. Dzisiejszy bieg pokazał, że to psychika była przeszkodą. Wyniki badań, choć oczekiwane, były tym, co rozwaliło tę przeszkodę. A potem wystarczyło już tylko kulać się z górki do przodu!


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *