Zdechła Puma, niech żyje Puma

      Brak komentarzy do Zdechła Puma, niech żyje Puma

Koniec lutego przyczłapał w rozwalających się już od kilometrów i różnych warunków atmosferycznych Pum. Moje starusieńskie Puma Faas 300 zrobiły mniej więcej 2000 kilometrów. Tych notowanych, bo dodatkowo zanim zacząłem biegać po ich kupnie w 2012 roku, sporo w nich chodziłem. Od jakiegoś czasu widziałem, że zaczynają się psuć. Najpierw przetarły się siatki na paluchach obu stóp, potem zaczęły pękać siatki w tylnych częściach butów. Na koniec rozpadły się wkładki. Włożyłem inne, takie najmniej wypasione z wypasionych wkładek i rozdarły się mocniej… Kupiłem co prawda kolejną parę tychże Pum, ale na razie leży zakopana. Będzie na super specjalne okazje.

Zdechła Puma (FAAS), niech żyje Puma (Burst)

Musiałem coś wybrać. Reeboki mnie zniechęciły słabym wykonaniem i szwami, które raniły przy bieganiu. Przymierzane Asicsy zupełnie nie leżały na stopie. Przeglądałem modele Pumy, Adidasa, Nike’a na runrepeat.com szukając butów z oceną w okolicach 80 punktów, z dropem od zera do 8 mm, które kosztowałyby do 150 złotych. Wyglądało na to, że będzie ciężko. W końcu znalazłem. Znowu wyszła Puma… z dropem 0 mm, wg opisu na drogi… i za 152 zł z dostawą.

Puma BurstPuma Burst

 

 

 

 

 

Ostatnie dwa dni lutego przebiegły pod znakiem rozbiegania nowych butów, bo za kilka dni będę  w nich musiał biec w Wiązownie (5 marca).

Pierwszy dzień był testem na asfalcie. Trochę bolały pięty, ale generalnie buty okazały się bardzo wygodne – wyszedł mi czas, jakiego się nie spodziewałem o tej porze roku. We wtorek, ostatniego lutego, polazłem w las na 20 kilometrów, które miały pokazać jak mocno i gdzie będą boleć stopy. No i nie było tragedii. W lesie biegło mi się jeszcze bardziej miękko niż w Faasach. Buty nie grzęzły aż tak bardzo w piasku, a i w mokrej ziemi (takiej na pograniczu błota) nie było źle.

Biega mi się trochę inaczej, jak w Faasach, ale nie wiem jeszcze na czym polega ta różnica… może chodzi o ten zerowy drop? To coś, do czego muszę jeszcze dojść.

A podsumowując, luty, który nie tylko butami stoi, nie należał do najbardziej wybieganych kilometrowo w porównaniu do stycznia (w styczniu 245 kilometrów, w lutym – 132). Pierwsze dwa tygodnie lutego, dzięki chorobie wyszły na zero; reszta lutego (od 13 do 28) to wspomniane wyżej 132 kilometry, które udało mi się wybiegać. Patrząc na to jednak z perspektywy tygodni, w których biegałem, wychodzi przedział 60-65 kilometrów tygodniowo.

Na razie w zupełności wystarczająco.


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *