21 lipca, po wspólnym bieganiu setek z MarcinemO (z czego Marcina relacja jest tu), dyskutowaliśmy na tg o tempach biegania. Marcin otarł się o PB na setkę, ja zrobiłem sześć powtórzeń setek w 12:XX. Więc udało mi się zrobić znaczący krok dla zrobienia dziesięciu powtórzeń setek w takich czasach. Następnego dnia polazłem na najnowszy odcinkowy pomiar czasu. Osiemset metrów wpadło w 2:31, pociągnąłem jeszcze 200 metrów i wyszło 3:12 na kilometr. 41 sekund na dwieście – to był odczuwalny efekt setek i bida z nędzą. W rozmowie z Marcinem, napisałem, że „plan był zrobić kilometr cokolwiek wyjdzie. I cokolwiek wyszlo„.
Potem było nudno – klepanie osiemsetek w bardzo zbliżonych czasach oscylujących między 2:21 a 2:23. Potem nagle cuś się zmieniło – w czasie wolnego roztruchtania weszło mi 70 pompek na jedno podejście, co było nie lada szokiem, i choć ostatnie dwa powtórzenia to była subiektywna tona ciała odczuwalna w łapach, to udało się je wycisnąć i mam nowy PB w pompkach.
30 lipca pojechaliśmy na planowany trochę wcześniej jednodniowy wyskok do Gdyni. Oczywiście… musiała być Sopocka/Wielkokacka. Żar, no dobra powiedzmy, że żar – dopiero się zaczynał. Po zgraniu zegarka, Garmin pokazał, że moje truchtanie zrobiłem przy 29 stopniach. I musiał być kilometr.
Po dotarciu na miejsce moich biegów, okazało się, że brakuje drzew, na których miałem znaczniki. Wycięte… Starego, rozwalonego słupka od szlabanu, gdzie miałem start też zabrakło. I cóż było zrobić? Poleciałem na dół Wielkokackiej i chcąc-nie-chcąc zacząłem mierzyć trasę zegarkiem. Dotarłem na górkę, nie pasował mi pomiar – i sru znowu w dół. W końcu znalazłem jeden widoczny znacznik – na czterystu metrach. Już prawie byłem w domu. Zbieg do końca, i ostatni powrót – plus minus miałem trasę. Od czterystu metrów do tysiąca niestety tylko plus-minus.
Wturlałem się jeszcze raz ku Wielkiej Gwieździe i… wystartowałem. A tu kolejny fuk-up – startowałem równocześnie stoper i Garmina. Garmin piknął od razu, ale że biegłem już, to nie hamowałem tylko z opóźnieniem wcisnąłem stoper. Na czterystu metrach rzut okiem na stoper dał głowie boosta – było 1:02-coś tam, ale wiedziałem, że z sekundę straciłem na kliknięciu stopera. W głowie była – oprócz jednej myśli – zupełna pustka. Ta jedyna myśl była jak mantra „na maksa, na maksa, na maksa…” Potem chaosu był ciąg dalszy. Tak się na tej myśli zafiksowałem, że zagajnik gdzieś około osiemsetnego metra ledwo zarejestrowałem, linii na ziemi nie… Na końcowym zbiegu „do mety” rzut oka na stoper pokazał 2:41… a wiedziałem, że to ostatnie 40-50 metrów… Rwałem do końca „na maksa„, Garmin piknął, ale zanim zaskoczyłem to sobie jeszcze pobiegałem kawałek rekreacyjnie.
Efekt? Podsumowanie? Sprawdziłem na zegarku – 2:47, na stoperze 2:53. W domu, na kompie Garmin zgłosił nowy PB – 2:46,2. Ale nadal nie dowierzałem. Pociąłem plik Gamina i na czterystu metrach uzyskałem potwierdzenie – 1:02 na Garminie, 1:02,94 na stoperze. Mogę to uznać, bo ten fuk-up z guziczkami przy starcie to było około sekundy. Późniejszy odcinek niestety jest nie do potwierdzenia. Nie dowierzam nawet mocno Garminowi, ale uznam ten zarejestrowany przez niego kilometr. Niech będzie.
PS. Cięcie wspomnianego pliku Garmina doprowadziło mnie do jeszcze jednego wniosku – ostatnie 200 metrów weszło w około 35 seknd, więc – drugie czterysta metrów mogło wpaść w około 1:10, ale to już zupełna spekulacja.
Doprecyzowanie, bo Garmin po-nowemu jak widać obok ma gdzieś dziesiąte sekundy 😛 poprzedni czas – 2:46,6:


