Mityng Perły Mazowsza, Piaseczno

      2 komentarze do Mityng Perły Mazowsza, Piaseczno

Zapisałem się na zawody. Kilka dni przed nimi zadzwoniłem do organizatora, bo nie miałem przydzielonego numeru. Okazało się, że za dużo luda zgłosiło się na zawody i część miała nie być brana pod uwagę, bo pierwszeństwo mieli zawodnicy z licencjami. Więc zapomniałem o zawodach, skasowałem maile i zaplanowałem sobie coś innego. Po czym MarcinP dał mi znać, że organizator rozważył sprawę i zamiast jednej – zaplanował 3 serie na 800 metrów. Przejrzałem listę, poszukałem na necie startujących ze mną w serii i wiedziałem, że będę mieć wolny bieg.

Po czym w Gdyni na mojej ostrej trasie z górki Garmin radośnie oznajmił mi, że mam nowy rekord na kilometr. Mięśnie pośladkowe zaczęły boleć już po biegu, kulminacja bólu nastąpiła w czasie powrotnej jeździe samochodem.

Na zawody jechałem więc z założeniem, że zrobię bieg treningowy, podobny do tych klepanych na Kalinowskiego-Narutowicza.

Na miejscu zrobiliśmy z MarcinemP rozgrzewkę – ze dwieście metrów truchtu i kilka powtórzeń 50 metrów na większej prędkości. Potem poszliśmy na prezentację. A po prezentacji na luzaka poszedłem do namiotu zmienić buty na kolce. I w czasie tego luzackiego zmieniania słyszę, że prowadzący wywołuje jakiegoś Kłodowskiego, czy jest obecny. Pierwsza skucha – poleciałem z jako-tako zawiązanymi kolcami na start. No nie wiedziałem, że jest tak mało czasu…

Stanąłem na torze. Na co sędzia startujący każe mi się ustawić na torze, za słupkiem. No to stanąłem. Druga skucha – ustawić się za słupkiem oznacza ustawić się PRZED słupkiem. Nie zrozumiałem. Więc sędzia odwołał start i mówi, że zrobi odprawę przed biegiem. No i zrozumiałem, że za słupkiem jest przed słupkiem i na komendę trza podejść do zielonej linii, ale jej nie dotknąć. Po odprawie chyba już zrobiłem wszystko dobrze, bo trzeciej skuchy nie było. Strzał ze startera i sru…

Skucha numer dwa 😮

Biegnę na czwartym torze, zbliżamy się do pięćdziesiątego metra… i stwierdzam, że towarzystwo z torów przede mną (5 i 6 tor) biegnie na grzyby a nie pościgać się. Patrzę w lewo za siebie – to samo. No i nie wytrzymałem, od razu ruszyłem z kopyta. Za słupkiem zbiegu do środka (setny metr) obejrzałem się z niedowierzaniem, że nikt nie biegnie po pierwszych torach. No to już wiedziałem, że to będzie faktycznie zaplanowany bieg treningowy. Rozpędziłem się i grzałem, żeby zrobić pierwsze założenie treningowe – czyli minutę i dwie sekundy na 400 metrów. Linię czterystu metrów minąłem przy 1:2,coś-tam na wyświetlaczu. Niestey nie zapamiętałem dziesiętnych, ale wiedziałem, że pierwsza część poszła dobrze.

Druga miała być słabsza, ale… nie wziąłem pod uwagę tego, że słabo się biegnie, jak nikt nie depcze po piętach ani gdy nie ma się kogo gonić. Na sześćsetnym metrze obejrzałem się jeszcze i zobaczyłem pustkę na prostej za mną. Nogi zaczął lekko zalewać kwas, więc… łeb stwierdził, że nie ma po co się wysilać. Posłuchałem go. Będąc na 760 metrze na wyświetlaczu zobaczyłem 2:14, ale już nie chciało mi się przyspieszać. Utrzymywanym tempem od sześćsetki dobiegłem do mety robiąc czas o sekundę lepszy od najszybszej treningowej osiemset_plus. Pierwszy zawodnik za mną wpadł na metę prawie osiem sekund później.

Podsumowując Mityng – było rewelacyjnie. Nauczyłem się, jak się biega ustawia do biegu. Gdzie się zbiega. I co to jest prezentacja 😛

Split wyszedł fatalny: założę że po zaokrągleniu było 1:03 na pierwszym okrążeniu i 1:17 na drugim. Cienizna, o której już wiedziałem po osiemset_plus, bo robię to samo. Najpierw w trupa, a potem jeszcze nie mam nawyku, że chce mi się to pociągnąć szybko do końca. I wiem też, że właśnie nad tym muszę popracować w pierwszej kolejności na treningach.


PS. Dzień po…

Wieczorem, po zakończeniu wpisu, obejrzałem zapis startów na YT. No i przypomniała mi się skucha numer trzy i numer cztery. Najpierw padłem po biegu na trawę i podszedł Marcin mówiąc mi, żebym odebrał medal. Jaki medal? Aha, dziewczyna stała i medalowała wszystkich kończących biegi, więc podszedłem i odebrałem. Tak to jest jak dziki z lasu, eeee…. znaczy się ze śródborów jedzie do miasta na Mityng LA.

Potem przed 3 serią osiemsetek porozmawiałem z chołopakiem, który wyglądał na najbardziej szybkiego wśród szybkich. Wtedy walnąłęm skuchę numer cztery, ale… niech wybrzmi cisza. Zaczął mówić, że musi zrobić mniej niż dwie minuty i cztery sekundy, żeby złapać się na kwalifikację. Pogadaliśmy, pogadaliśmy i polecieli (to była seria Marcina). Kulnął 2:0,43. Znowu pogadaliśmy po biegu i żegnająć się mówię mu, że w takim razie do zobaczenia za dwa lata, gdzie może już będę gotowy robić jego dzisiejszy wynik. A on na to, że za dwa lata to mam go szukać już w telewizorni. Wegner, moje nazwisko – dodał 🙂
I to właśnie jest ten słynny fokus sportowców, który tak lubię. On wie, że wie, że chce, że może.

A dziś, dzień po zawodach polazłem na wspomnianą wyżej Kalinowskiego-Narutowicza. Wziąłem na asfalt najgorsze buty do biegania po nim (te które są bohaterem tego wpisu, bo na tartanie wydają się mieć niesamowitą moc odbicia. Bo cholernie twarde??!). No bo… na gorąco chciałem popracować nad splitem. Pierwsze 400 – 1’06,47″; drugie 1’13,60″. Różnica 7,13″. Już, już prawie idealnie – nie pamiętam u kogo to czytałem, czy u Latifa, Hollera czy Jimsona Lee, że KAŻDY zawodnik na drugim kółku traci, tylko, że klasa mistrzowska traci 2-3 sekundy, średniaki 3-4, słabsi zawodnicy 5 sekund. I do tego ostatniego ideału dążę. Cytując zdanie z powyższej części: bo wiem, że wiem, że chcę, że mogę.

A przy okazji pobiegłem ciut szybciej niż wczoraj na tartanie, na zawodach – 2’20,07„.

To bohaterskie buty z dzisiaj, w GarminConnect od początku pod nazwą Asics oczojebny, a faktycznie to model Asics GEL-DS Trainer 26


Archiwa

2 thoughts on “Mityng Perły Mazowsza, Piaseczno

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *