Drugie spojrzenie na planetę Agrykolę…
Dzisiejsza wizja lokalna jakimś dziwnym trafem skojarzyła mi się z tytułem nieukończonej powieści Zajdla. Bo dziś miało miejsce drugie spojrzenie na Agrykolę. Zwykle – bo do dziś – spoglądałem na nią w dół, ze spadem idącym ku Łazienkom. Po biegu wracałem spacerem z powrotem na górę, czyli na róg Agrykoli z Alejami Ujazdowskimi. Nie zastanawiając się nad tym, że most nad stawem daje w kość bo ma lekki wznios. I spadek w kierunku osiemsetki. Dziś było inaczej.
Poleciałem w dół 600 metrów i już po powrocie na wspomniane wyżej Rozdroże (róg Agrykoli z Alejami Ujazdowskimi) uznałem, że zejdę na dół i uwiecznię na paru fotkach widok z czterysteki w stronę mostu, gdzie stoi pomnik Jana-III-Sobieskiego oraz z samego mostu w stronę czterysetki.
Skąd taka wena? Ano stąd, że w końcu ruszyłem z osiemsetkami, a Agrykolę mam wymierzoną na 400 / 600 / 800 i 1000 metrów. I wróciła chęć biegania więcej niż 400 metrów. Również na Agrykoli. Także z górki. Fotosesja była konieczna – dziś, po dwóch latach pękła sześćsetka. Dość zaskakująco – bo w sumie w ostatnim czasie biegałem tylko osiemsetki, a sześćset zrobiłem tylko raz i w dodatku na ogromnym zmęczeniu, ocierając się o minutę-trzydzieści. Dziś ją złamałem i nawet wyszło, że zrobiłem PB lepszy o dwie-dziesiąte sekundy od poprzedniego z 2024 roku. Bez przygotowania. Tylko po osiemsetkach. 1’29,18”. Wynik powtórzyłem, więc już nie jest przypadkiem ani błędem.
I ujrzałem Agrykolę z innej perspektywy – koniec super-zbiegu na 480 metrze, sześćset wypadające lekko pod górkę tuż przed mostkiem nad stawem, zbieg w stronę osiemsetki, nawrotka – i kolejny wznios do kilometra.
I to zaczyna być kolejnym już, nowym wyzwaniem.




