21 marca… pierwszy dzień kalendarzowej wiosny… Dzień fak-apów? Nieeee… do pewnego momentu nie był. Nawet z tej okazji (wiosny oczywiście) wychlałem dwa piwa. I za bardzo nie mogę sobie przypomnieć, kiedy coś takiego ostatnio spożywałem. Fuuuuj, słodkie, łeee bardzo słodkie. I to portery, które kiedyś wydawały mi się mocne i gorzkie. Łeee? Pewnie jakieś skrzaty naszczały do piwa i je zasłodziły. Ale do rzeczy.
Na koniec dnia oglądam sobie Halowe mistrzostwa świata w lekkoatletyce – Toruń 2026. Transmisja sesji wieczornej – oglądam kobiety na 400 metrów – komentatorzy obstawiają Henriette Jæger. Przyglądam się z ciekawością, bo biegnie w Pumach Nitro. Nagle przebłysk Intuicji – odpadnie. Potknęła się i odpadła na ostatnie miejsce. Odpadłaaś Jægeer, widziaam*

Kilka dni temu kupiłem sobie evoSpeed Forte Nitro Elite. Przyszły, rozpakowałem, przymierzyłem i odesłałem. Rozmiarówka się zjebała była. A było to już drugie podejście do tych kolców. I stwierdziłem, przyznając rację Monice, że koniec przywiązania do Pumy. Nie będzie do trzech razy, ni ch****a. Czas na coś innego. Jak nadejdzie, to po testach opiszę.
Do feralnego pierwszego dnia wiosny pobiegałem sobie: 600 metrów – raz na Bagnistej (Kalinowskiego) – 1’46”, drugi raz na Agrykoli – 1’36”. Wpadło jeszcze na zupełnie płaskim i prostym asfalcie (Narutowicza) 400 metrów w 1:1,41 – a było to tylko sprawdzanie, czy moje mazy na asfalcie się ostały. A ostały się, nawet ślady kredy nie znikły, bo nie padało. Czas osiemsetek powoli zaczynać.
Biegowy fak-ap nastąpił dziś na Hrabiego-Myśliwskiej. W planie miałem dwa powtórzenia jednego kilometra. Czyli1 – powrót do złotego, sprawdzonego treningu z Gdyni (grafika z prawej). Czyli2 – powrót do dwóch i trzech kilometrów wbitych pomiędzy szybkie bieganie sprinterskie. Nie byłem pewien, czy wytrzymam, więc stąd wzięły się dwa kilometrowe odcinki.
Ten odpuszczony, spartaczony kilometr wlazł w 3’38”, co razem dało całkiem ładny, jak na pierwszą w tym roku próbę dwóch kilometrów, czas – 7’0,80”. Siedem minut – coś, czego od dawna brakowało. Jak na fak-up i odpuszczenie, to… całkiem dobrze.
Wkute na pamięć czasy na każde czterysta metrów (grafika z lewej) doprowadziły do zguby. Pierwszy kilometr na Hrabiego – 3’22”. Przerwa kilkuminutowa z zatrzymanym Garminem, potem rajd na drugi kilometr Myśliwską. I tu zdarzył się owy tytułowy fak-ap. Wystartowałem zegarek i zamiast skontrolować czas po 200 metrach (400-800-1200-1600-2000) spojrzałem na zegarek po 400 metrach drugiego biegu (więc wg tego pomiaru było 1400 metrów), zobaczyłem czas i……. odpuściłem, bo zamiast 4’12” zobaczyłem 4’48”.
Łeb zaczął liczyć i nie mógł się doliczyć. Nawet przemknęło mi przez myśl, że Garmin się sfakował. Ale to był łeb. Już nie rajdując i za bardzo się nie spiesząc dokończyłem drugi kilometr, załamany tym, co się stało.
I dopiero po skończeniu biegu, do upartego łba dotarło, że 4’48” na 1400 było rewelacyjnym czasem. I że przez to pokiełbaszenie z dystansem straciłem całkiem dobry bieg 😛
Ale za to na działce dokończyłem to co powinno być zrobione – czyli duuuuuży dom dla murarek i opierdzieliliśmy rodzinnie po 3 hamburgery na głowę prosto z grila. Grila oczywiście – nie pierwszego tej wiosny 🙂



* przerobiony tytuł opowiadania Marka Huberatha ze zbioru „Ostatni, którzy wyszli z raju”;


