Pada śnieg, pada. Pada deszcz, pada… i zamarza 😛 Dziś nie o bieganiu, ale o sprawach około biegowych. Dlaczego? Bo tak napadało, i tak wszystko pokryło lodem, że aż trudno biegać.
Jakieś bieganie udało mi się zrobić – dwie wymęczone piątki w lesie („Leśne piątki”) i raz wybrałem się na Hrabiego pobiegać sto metrów w tartanowych kolcach. Piątki weszły całkiem-całkiem – obie w 23 minuty z groszami – raz mniejszymi, raz groszami większymi. Za to Garmin, którego mam od jakiegoś już czasu – coraz bardziej mnie zniechęca. I coraz bardziej stanowczo mogę twierdzić, że jedyny w miarę dobry w nim gadżet to budzik. Ale i tak w ch*****j nie intuicyjny. Szkoda starego, niezawodnego Forerunnera 35.
A teraz krótko o setkach na Hrabiego – bo był to trening szczególny. Odmierzone 100 metrów – kolce dziewiątki, sypki, świeży śnieg, pod spodem lód. Wiedziałem, że może być to męczący trening. Był. Bo zapomniałem zabrać wodę. Buty zapadały się w 5-cio centymetrowy świeży puch, żeby wbić się w lód. Ale było warto – najlepszy bieg wlazł wg FreeLapa z prędkością 27 km/h (13,33 sekundy). Mięśnie były obolałe i zmęczone. Rozmyślnie.

Bo następnego dnia mieliśmy jechać do masażysty. I pojechaliśmy, mimo marznącej mżawki, mimo ślizgawki na E77. Do Działdowa, które wspominamy rewelacyjnie po tamtejszych Parkrunach i tamtejszej bardzo przyjaznej ekipie, przyjechaliśmy spóźnieni o zaledwie kilka minut. Najpierw na stół poszła Monika, i wróciła obita, jak po dobrym meczu bokserskim.
Ja jechałem zesrany ze strachu – po raz pierwszy miałem mieć rozluźnione kręgi, stawy, paliczki i co tam tylko mam. Jechałem też specjalnie zmordowany wspomnianymi sprintami na śniegu w kolcach, żeby masażysta sprawdził mi ewentualne spięcia. I o ile Monika spędziła na łóżku prawie półtorej godziny, to ja zająłem naszemu masażyście może ze 25 minut 🙂 I o ile obawiałem się o kilka części w moim korpusie – obawy okazały się bezpodstawne. Jedyne spięcia wyszły w prawym biodrze i kręgosłupie tuż pod łopatkami.
Było rewelacyjnie. Blogowo wspomnę tylko jedną wypowiedź masażysty Pawła: jakie ty masz równe i mocne Achillesy… Powtórzył to kilka razy, więc zakładam, że to dobry objaw.
Wróciłem uspokojony na kolejne kilka lat, a wszystkie obawy o trening, kontuzje i inne takie około treningowe rozkminy poszły w cholerę.
***
