…A bo brakujące te puzzle. Obraz prawie cały, a jednak kilka się zgubiło. Chyba jeszcze przy pakowaniu w Gdyni, tuż przed powrotem w lasy śródborowskie.
Biegowo te brakujące puzzle to ciągle kilometr i trzy kilometry. Reszta powoli, powoli zaczyna działać. Ostatnie dwa tygodnie ponownie były ciekawe:
– Agrykola – wpadła szybsza czterysetka – 53,28”, ale z bardzo ciekawym splitem – 27,89” i 25,39”…
– na ścieżce rowerowej z MarcinemO zrobiliśmy bardzo ciekawe kilometrówki – 4’12”, 3’53”, po czym ja goniąc Marcina zrobiłem 3’22” i potem jeszcze z Marcinem na luzie 3’42”.
Niedługo później wybraliśmy się na nowy, choć-już-nie-tak-młody Parkrun niedaleko nas – w Malcanowie (tu relacja z drugiej ręki – Marcina). MarcinO, Arek, AsiaK. Wystartowaliśmy goniąc pierwszego zawodnika, który w myśl zasady uciekł i „zmęczył” nas psychicznie. Arek go gonił, ja biegłem z Marcinem, a gdy Marcin osłabł wyprzedził nas kolejny stały bywalec. I tak ukończyliśmy bieg z Marcinem na dalekich pozycjach – Marcin jako czwarty, ja jako piąty. Piękne górki, fajna hokejarska trasa (to od kształtu na mapie). Chyba po tym jak Aśka i Marcin się napalili wejdzie jako stały sobotni trening. Do tego stopnia, że Marcin planuje przesunąć Run Otwock na niedzielę...

Po tych leśnych harcach wpadły kolejne puzzle:
– mila na Hrabiego – w końcu w jakimś sensownym tempie – 3’32” na kilometr (5’41”);
– cztery stumetrówki na zamarzniętej „bieżni” na OKSie w kolcach – u mnie najszybszy czas 12,96”. Ale ile frajdy – bolące stopy, ponaciągane dwójki, obolałe plecy i mięśnie piersiowe. Ból, ból, ból. Poniżej Marcina fotka przy słabym świetle, na OKSie – a ta smuga to ja 🙂 I to zdjęcie posłużyło na front-page-news.

I na koniec w środę wpadł kilometr. Fajny, choć znowu z przygodami – zimno, wiatr. Wystartowałem, po czym koło trzechsetnego metra zorientowałem się, że Garmin ustawiony jest na milę. Moment szoku był tak duży, że aż stanąłem, zakurwiłem i zmusiłem się do biegu, bo przecież trzysta już wpadło w niezłym tempie. Strata – około 5-6 sekund. Na czterechsetce było 1’12” więc nadrabiałem już. Kwas mnie zalał plus-minus koło siedmiuset metrów – a rzut okiem na zegarek pokazał, że tempo było niezłe – 1’56” na siedemset. Gdyby nie kwas… i postój Garminowy… i górka pod krzyżem…
A tak – tylko – 3’11,1”.
Trochę oczywiście byłem zawiedziony tym biegiem. Ale w domu coś mnie tknęło i sprawdziłem moje przepastne archiwa – w 2021 (to już czasy Gdyni) łamanie 3 minut nastąpiło dopiero w lecie (sierpień). W najszybszym moim kilometrowo-biegowym roku – 2022 – trójkę złamałem dopiero w czerwcu. A że rok 2022 cały był dobrze rozbiegany i szybszy niż ostatnie lata, to udało mi się złamać 3 minuty jeszcze w ostatnich tygodniach stycznia nowego wtedy roku, 2023 (a na miesiąc – o czym jeszcze nie wiedzieliśmy – przed powrotem do Otwocka).
Po powrocie do Otwocka już było znacznie gorzej. To jeden z tych puzzli, który wpadł gdzieś za szafę. Ale szukam go… Gdzieś, o tu, tu, tu… gdzieś tu go widziałem…


Jak tak patrzę z boku to czuję, że do lata wszystkie elementy będą na swoim miejscu i ciekaw jestem bardzo, jakie wyniki będą widoczne na obrazku 🙂
Cześć Jacku, organizujemy spotkanie 8c z Cieszyna. Odezwij sie