5QTB

      Brak komentarzy do 5QTB

Tajemniczo. Bardzo tajemniczo. I nie mroczno. Mrozem nie będę 😛 Kryminał z tego nie wyjdzie. To skojarzenie z reklamami, które upierdliwie rzucały mi się w oczy w pracy z XTB w tytule…

Jednak to mój skrót, który łatwo zdekodować. Przyszły suplementy – Q, 5HTP i B-Forte. Taki wiosenny dopalacz. Do tego któregoś dnia usiadłem, pomyślałem i wydukałem – chciałbym znowu dojść do 7 litrów pojemności płuc. Opowiedziałem to Monice, i dwa-trzy dni później, po powrocie z pracy miałem reset. Twardy. Siadło w piątek rano na oskrzela – typowe zapalenie. Piątek, jak niedźwiedź przespałem cały. Sobotę, po porannych zajęciach w szkole – też. Niedzielę – bardzo podobnie. Wypociłem – w samą niedzielę – dwa litry wody. W poniedziałek szedłem do pracy już-całkiem-całkiem-jak-nowy.

Agrykola, 13.01 – 600 m w 1’34,96′

Nowe rzeczy muszą poczekać, tym bardziej, że coraz bliżej egzaminu. Poradnik czeka, ICH obserwuję, a na shotokan idę jutro. Czy to będzie taka odmiana, jakiej oczekuję? Nie wiem. Marcin dziś w czasie biegania wspomniał, że jego córa miała zajawkę na ten sam klub (Sokudo) i nawet była na zawodach. I ponoć wysoko kopała. A właśnie o to chodzi na tym etapie.

I jeszcze jedna ciekawostka zapaliła lampkę w łepetynie, jak po raz któryś przeczytałem swój wpis z Volkorem X w roli głównej. Kiedyś opisywałem moje ogólniakowe przygody z bieganiem i z zawodami. Co ciekawe, w pierwszej klasie jescze nie słuchałem blacku i deathu, ani tym bardziej art-rocka, to przyszło później, na przełomie drugiej i trzeciej klasy. Wtedy do biegania najbardziej nakręcała mnie elektronika. I Volkor X mi to przypomniał. Nie jakaś agresywna muzyka, z szybką stopą, ale elektronika z prostym rytmem, który i tak potrafił mi spierniczyć krok, bo słuchu muzycznego nie mam ani grama. I były to dwa zespoły, które na walkmanie, przed każdymi zawodami szły na słuchawkach aż do samego startu – Laserdance i Koto. I elektronika zagościała na nowo, tak biegowo 🙂

…a tu 27.01 – 10ºC

No to i biegowo trzeba podsumować ostatnie tygodnie… Plany planami sobie były. A choróbsko wybiło te plany skutecznie. Dlatego, po kolejnym weekendzie w szkole, postanowiłem nie planować i ruszyć w las. Powrót do dwóch treningów dziennie. Żeby w końcu wykatapultować się z mojej przytulnej strefy komfortu. I wkrótce zobaczyć, jak w Gdyni pamiętnego roku, mniej niż trzy minuty na kilometr prawie-co-bieg.

I tak dziś na Hrabiego rano było: 400m (średnio) + 200m (szybko) + 400m (na 3:15/km). Wieczorem z Marcinem machnęliśmy 2 razy 2 kilometry. Na jutro plan mam równie ambitny – rano 5*300m na Hrabiego, potem karate.

Na razie minął 1 dzień, a już wszystkie mięśnie, łącznie z dupnymi bolą…

A w międzyczasie nawet był wypoczynek na ROD-os ze strasznie krzyczącymi z głodu ptakami…

Archiwa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *