Kiedyś, już całkiem dawno temu… dostałem od Waldka z Sokudo takie-małe-cuś:

Dziś, całkiem niedawno temu, wylądowałem z żółtym dziobem, znaczy się – żółtym pasem. Zdane. I takie-małe-cuś zmieniło barwy na poprawne. A i grupa starszaków w Sokudo rośnie. Dziś też chłopaki – te starsze – Tomek i Michał zdali na brązowe pasy. Aż musiałem zapytać ile im to zajęło czasu. Odpowiedzieli, że 6 lat. Hmmmmmm…. Będzie co robić.

A biegowo? Jak na końcówkę roku całkiem dobrze, może nawet wyśmienicie, jak na tak pokręcony i rozwalony treningowo rok. Po wiekach nieobecności na tej trasie, razem z MarcinemO zrobiliśmy jeszcze w listopadzie 10 kilometrów do Starej Wsi i z powrotem, mieszcząc się poniżej 45 minut (44:56). Po powrocie z tego biegu, z ciekawości, zacząłem szukać kiedy ostatni raz tak szybko pobiegłem dychę. Prawie-prawie dwa lata wcześniej. To dopiero wyczyn, biegając maksymalnie piątki…

Jeszcze jedno wyjście zasługuje na wspomnienie – wybrałem się z MarcinemP i Arkiem, również po wiekach długich, i również do Starej Wsi. Stamtąd mieliśmy pobiec sobie równo po 4’30” piątkę. Taaaaaaaaa… pobiegliśmy wolno… pierwsze cztery kilometry — 3’49” | 3’58” | 4’7” | 4’12”. Pierwszy raz od dawna utrzymałem tempo w okolicy czterech minut na kilometr – łącznie po czterech lilometrach wyszło 16’8”. Całkiem dobrze, a nawet wyśmienicie 😛 Piąty kilometr jest już nie do wspominania, bo brakło pary – trochę biegłem, trochę sobie spacerowałem (dwa razy po jakieś 80 metrów…), a chłopaki mający czekać na najwolniejszego wypierdzielili do przodu. I tyle z czekania. Ostatni kilometr, ten marszobiegowy wyszedł w 4’33”, wiec również całkiem-dobrze-a-nawet-wyśmienicie. Całość – 20’40”… dała drugi czas w tym roku, zaledwie o osiem sekund gorszy od tego najszybszego. Ci co mieli czekać, a nie czekali złamali 20 minut (19’37” i 19’45”). Jeszcze ich dogonię…
Na początku grudnia stało się coś, czego w ostatnim czasie również brakowało w moich biegach – powróciła Agrykola. Przerwa trwała w zasadzie od kwietnia. Ale w końcu Agrykola wróciła. Podstawą nowej odsłony jest 400 metrów, a potem dokładka – w zależności od tego ile jest jeszcze mocy w nogach. Na razie wyszedł raz kilometr w tempie 3’20”, dwie sześćsetki i raz osiemsetka. Przerwa zrobiła swoje – po wstępnych 400 metrach (w okolicach 55-56 sekund) nogi już nie chcą kręcić jak na wiosnę – na razie trudno mi w tym drugim biegu utrzymać tempo w równych 36 sekundach na każde 200 metrów biegu. Jak dotychczas utrzymuję tak pierwsze dwie dwusetki i… turbina siada. Cóż, mięśnie od sprintu nie lubią takich przerw, więc trochę czasu minie, jak wrócą.
PS. Zapomniałbym… kupiłem Garmina – aż musiałem sprawdzić w Connect jakiego, bo tak go „pamiętam” – Forerunnera 55. Po kwadratowej i prostej 35-ce, dla mnie – jest to regres jak we wszystkich ostatnio ulepszonych wynalazkach człowieków. Szkoda słów, więc tyle ich wystarczy. A choć może nie… budzik działa. Chociaż go ustawić… dość słów.
