Lekko

      Brak komentarzy do Lekko

Na początku listopada zrobiliśmy z Marcinem odkurzenie starej trasy zimowej do Starej Wsi. Dziesięć kilometrów w obie strony. W tę szybszą zrobiliśmy w 21:41.

Kolejny dobry trening wpadł dwa dni później na OKS-ie – zrobiliśmy trzy powtórzenia osiemsetek. Moim założeniem było zrobienie każdej w okolicach 2:48. Startowałem 16 sekund po Marcinie, i miałem go dojść na mecie. Po pierwszej osiemsetce był szok (2:43), po drugiej – niedowierzanie (2:43) a po trzeciej –  świętowanie (2:40). To był zaskakujący trening, pokazujący, że bardzo, ale to bardzo szybko wraca mi wydolność oddechowo-mięśniowa (co już wcześniej zauważyłem w Malcanowie).

Potem wpadł trening czterysetek. Polazłem na stadion i zrobiłem… aż pięć powtórzeń. Miało być dziesięć – ale ból szczęki (tu muszę zaznaczyć datę – bo to wszystko przez 27 października i AstraTech) oraz lekki stan niepewności w żołądku i jelitach po zaledwie dwóch pigułach antybiotyku nie dał dokończyć. No i nie udało się… choć czasy wskakiwały grubo poniżej zakładanej minuty dwudziestu czterech sekund na okrążenie (1’24” na 400m = docelowe tempo na 5km). Grubo oznacza czasy o 2 do 4 sekund szybsze od czasu zakładanego.

Próbowaliśmy umówić się ponownie z Marcinem na dychę do Starej, przed którą Marcin miał zrobić czterysetki. Bo po latach biegania odkrył czym są rytmy, progówki i interwały 😉

Marcin i Arek poharcowali więc na OKS-ie. I to wjechało mi na ambicję – zrobili trzynaście powtórzeń czterysetek. I Marcin uznał, że nie da rady pobiec do Starej i spadki. No to polazłem na OKS sam. Veni, vidi, vici.

Pozazdrościłem im tego treningu i musiałem powtórzyć swój. 10 powtórzeń, na przerwie 1:20. I wlazł. W wybitych Pumach, które okazały się (ponownie) jednymi z najlepszych butów, jakie miałem na nogach w czasie tych kilkunastu lat biegania.

Po starcie na każdą kolejną czterysetkę, po fazie rozpędzenia – mniej więcej po pierwszych 30-40 metrach na głos musiałem wykrzyczeć jedno słowo: LEKKO… Żeby łeb wiedział, że ma być lekko. I – co jest niezbyt zaskakujące – było lekko. Do ósmego powtórzenia. Dopiero wtedy poczułem zalanie mięśni. I Garmin pokazał 1:24,4, choć stoper wskazał 1:22,50. Z debilem Garminem kłócić się nie będę, tym bardziej że dokładnie na tym powtórzeniu musiał zakończyć liczenie okrążenia dalej niż we wcześniejszych biegach. I to na stadionie, gdzie ponoć dokładniej mierzy… Ot i debil Garmin. Na bieżni stoper jest lepszym wyborem, choć automatyzacja pomiaru przerwy jest jedynym plusem dla zegarka. W każdym razie – przeżyłem kolejne dwie czterysteki, nawet biegnąc szybciej niż te ósme kółko..

A w domu czekała niespodzianka. Bo choć po treningu nie padło triumfalne „kuuuuuurwa”, to padło w domu, gdy chciałem się po coś schylić. I nie było triumfalne. Okazało się, że pokonany dystans – w całości na przednich częściach stóp (bo pilnowałem!) przeciążył mięśnie płaszczkowe. Oba. I były tak wkur****ne, że przez kolejne kilka godzin czułem, że są na granicy skurczu…

Słowem – to był dobry trening. Kolejny 😉

A fotka na głównej stronie to koncert, pierwszy od jakiegoś czasu, na który się wybrałem do Proximy. Argento, choć dla mnie best of the best jest Aurum.

Szczególnie po tym koncercie, gdzie i z Aurum nie zabrakło kawałków.

Archiwa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *