Strefa rozpędzania

      Brak komentarzy do Strefa rozpędzania

Cisza. Całkowita cisza z lekkim szumem drzew. Nawet ptaki milczały. Mgła, że widać trzysta, może czterysta metrów. Na ścieżce ślady dużego zwierza – łosia? Konia? Może słonia? W oddali, we mgle coś się poruszyło – wytężony wzrok pozwolił dostrzec dwoje ludzi z plecakami. Jak w horrorze. I jeszcze co jakiś czas odzywały się piły ludzi tnących drzewa, gdzieś w lasach śródborowskich. A potem znów cisza, gdy mieli przerwę.

Po tym, jak wczoraj umówiliśmy się z MarcinemO na Malcanów w sobotę, dzisiejszy trening musiał być krótki ale intensywny. A wczorajsze porządkowanie czasów – za powoli już znikający rok dwudziesty piąty, podpowiedziało, że to będą setki.

Garmin zanotował niecałe 3 stopnie, termometr w domu 4,4ºC. Bez rozgrzewki, bez ćwiczeń – bo ciągle byłem obolały po wczorajszym karate – nie miałem ani ochoty, ani fizycznej możliwości do zmuszania się do skipów i innych pierdół. Rozstawiłem FreeLapa i zaczęło się sruuuuuu w dół Hrabiego. Po drugim przebiegu, wpadłem na najgenialniejszy pomysł tego roku. Na poboczu Hrabiego, w trawie leżało coś czarnego. Podniosłem i postawiłem to coś na środku drogi. Dołączył bidon z boku. Po co? Przypomniało mi się jeszcze z czasów pierwszych fascynacji FTC i treningiem Tonego Hollera, jak dowiedziałem się o strefie przyspieszania/rozpędzaniaw okolicach 13 lub czternastu pierwszych kroków pomierzonej wśród topki sprinterskiej. Wtedy też próbowałem to trenować. I porzuciłem w cholerę.

A na Hrabiego wyznaczyłem sobie właśnie taką strefę rozpędzania. Po trzecim, super szybkim biegu, który zrobił moje seasonal-best12.34″ – polazłem to zmierzyć. 35 metrów. I padło pierwsze magiczno-biegowe kur****a. Ładne mi 13-14 kroków, choć… przy sprinterskiej długości kroku, to wcale-wcale jest możliwe…

Odczucia z biegu? Ciekawe. Wyznaczona strefa spowodowała, że faktycznie zapierdzielałem, jak gepard przez te pierwsze 35 metrów. A najlepsze przyszło potem – zamiast biec luźnej, stwierdziłem, że głupio dalej nie przebierać nogami tak szybko, jak wcześniej, no i zapierdzielałem tak do końca 100 metrów. Odkryłem koło na nowo 😛

Koło piątej setki mięśnie się dogrzały, ścięgna były już w super-napięciu. I tak przyszedł bieg ósmy. Wyciszenie, odpłynięcie na parę sekund w zupełnej ciszy lasu i sruuuuuuu. Chciałem złamać 12 sekund. Prawie się udało. Prawie – brakło 7 setnych – 12.06”. I wtedy też padło drugie magiczno-biegowe kur****a. 7 setnych… 😳

I chyba ten wynik, jako seasonal-best zamknie rok 2025. I co najlepsze – w jednych z najgorszych butów do szybkiego biegania (Asics Noosa). Powrót z treningu dłużył mi się bardzo i wpadłem na kolejny genialny pomysł – wkrótce zrobię wpis zmoim rankingiem butów do biegania, które miałem/mam wzorowany na RunRepeat 😳

PS. Jeszcze wspomnę ostatni przebieg – koniec treningu w perspektywie, zmęczone czwórki. Postanowiłem, że pobiegnę nie oddychając. Oczywiście pod koniec jakieś trzy-cztery łyki powietrza chapsnąlem. Ale zaskoczeniem był czas, bo to był wolny przebieg!! Hmmmmm…

Archiwa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *