Doczekałem się. Nie Hrabiego, nie Agrykola, a tym bardziej nie trudniejsza Bagnista. Na ostatnią chwilę i na wariata zorganizowany nocleg w Gdyni przegonił nas na dwa dni nad Zatokę.
Zmęczeni jak cholera po wydarzeniach ostatnich dni, dojechaliśmy na miejsce w czwartek po południu, pospacerowaliśmy, nażarliśmy się jak zwykle już w Zahirze i nie mieliśmy siły już na nic, jak tylko połazić. A miałem po południu pobiegać. Bo oczywiście zabrałem sprzęt biegowy, ale wyglądało na to, że nie zostanie użyty. Lekkie zawirowanie z noclegiem spowodowało jednak, że przedłużono nam godzinę wymeldowania.
Więc… pospałem, odespałem, odpocząłem trochę i rano w piątek pojechałem na Wielki Kack. Potruchtałem w kierunku Sopockiej, czyli Wielkokackiej. Trochę się obawiałem, że nie przypomną mi się ścieżki, którymi kiedyś biegałem – ale nie było tak źle. Do pewnego momentu. Bo w pewnym momencie nie poznałem lasu, przez który biegłem. No bo nie mogłem go poznać, bo go nie było. Przez ten krótki czas, od kiedy tam nie mieszkamy tak poharatali las, że… nie wiem ile to hektarów znikło… Las zamienił się w stoki ze sterczącymi ogromnymi korzeniami, a ścieżka którą biegałem – w rozjeżdżone coś, co poprzecinane jest pół metrowymi (na głębokość) koleinami po ciężkim sprzęcie.
W końcu dotarłem na miejsce, czyli pod Wielką Gwiazdę. Naładowany, mentalnie przygotowany – a założenie miałem, że okolice 3:00 na kilometr muszą, po prostu muszą wejść tu, na tej trasie. No i bez opieprzania się ruszyłem ze swojego starego punktu koło Wielkiej Gwiazdy w dół, ku Sopockiej. Wyrwałem mocno – początek to dwa czadowe zakręty, których pokonanie zawsze bawiło mnie najbardziej. Mocny spad, mocne tempo. No i po drugim łuku odpłynąłem myślami gdzieś w cholerę… po czym wróciłem na ziemię nagle, boleśnie, rozglądając się za drzewem ze znacznikiem 400 metrów. I wpadłem w panikę, bo nie mogłem go namierzyć… Wtedy spojrzałem na stoper, który pokazał dwie minuty… i wiedziałem, że przeleciałem około 700-730 metrów nie mając pojęcia, że to aż tyle. Spięcie we łbie kazało zebrać się z tego błogostanu i zacząłem gnać w dół do drzewa, które jest wyznacznikiem pełnego kilometra. Garmin jak zwykle po swojemu coś tam zgubił, coś tam dodał – i wyszło mu 3:01,10. Stoper po minięciu drzewa ze znacznikiem pokazał 2:57,60. Oczywiście wierzę stoperowi i wymierzonej trasie w dół ku Sopockiej.
W ten oto sposób po dwóch latach po raz pierwszy przekroczyłem 3:00 na kilometr (ostatni taki bieg to 17.09.2023 na Hrabiego – 2:58,30). To, że udało się to w końcu zrobić to pikuś. Ważniejsze jest jak… Takiego biegu na kilometr jeszcze w życiu nie miałem – łeb w chmurach, zero zmęczenia w czasie biegu, żadnego łamania oddechu, odpłynięcie tak głębokie, że aż straciłem poczucie metrażu, no i ZUPEŁNY, ale to zupełny brak zakwaszenia mięśni. To był bieg, w którym poczułem, że mimo przerw w bieganiu w ostatnim czasie mam cholernie mocne mięśnie. I to było i budujące, i dobre.
Ten bieg przypomniał mi inny – na 400 metrów, opisany tu, który MarcinO skomentował, że chciałby tak lekkie biegi robić. Takie bez spiny, i tak na spokojnie – i ten kilometr taki był. I powtórzę – był nawet lepszy, bo wpadłem w taki stano-trans, że ocknąłem się z tej błogości biegnięcia gdzieś około dwóch minut i niewielkiej już odległości do kilometra.
Na Sopockiej/Wielkokackiej, o której nawet nie wiedziałem, że tak mi jej brak. Aż do dziś.
***
